czwartek, 24 marca 2016

23. Córeczka

- Sir, uwaga! – posterunkowy White wskazał palcem młodą kobietę, przechodzącą przez ulicę.
- Przecież uważam – powiedział spokojnie nadinspektor Peter Wilson, hamując przed przejściem dla pieszych. – White, chcecie mi wlepić mandat?
- Gdzie tam, ale to ona mi niedawno wtargnęła, jak jechałem z roboty. Wzrok miała mętny, więc …
- Narkotyki?
- Nie. To jest Kirsty Mills. Narzeczony ją zostawił kilka dni przed ślubem i jej się coś z głową od tego zrobiło. Leki dostaje i błąka się po całym Lichtown.

XXX

- Sir, panna Spinster zadzwoniła, żeby nas zawiadomić, że niejaka Ellen Walsh leży w swojej kuchni cała we krwi – sierżant Black udanie przedrzeźniał swoją rozmówczynię.
- Może pannie Spinster coś się pomyliło? Ma swoje lata – nadinspektor Wilson podniósł wzrok znad akt niedawnej kradzieży.
- To samo jej powiedziałem i nie powtórzę panu, co mi wykrzyczała do słuchawki. Jedzie pan ze mną, Sir?
- Tak. A skąd panna Spinster wie? Po domach zwłok szuka?
- Zauważyła jakąś kobietę, siedzącą na krawężniku. Podeszła. Zagadała. Podobno z troski …
- No i …
- Ta na krawężniku to matka i to ona znalazła martwą córkę, a potem wyszła przed dom i siadła gdzie bądź. Panna Spinster już wezwała pogotowie.
- Niech panna Spinster nie wchodzi do tej kuchni. W ogóle do tego domu niech nie wchodzi - powiedział nadinspektor.
- Sir, przecież ona już zrobiła oględziny.

XXX

- Sam pan widzi, nadinspektorze, matka jest w szoku. Nie odpowie teraz na żadne pytanie – ratownik medyczny kiwnął głową na pożegnanie i zamknął za sobą drzwi karetki.
Nadinspektor Peter Wilson patrzył za odjeżdżającym samochodem.
- Black, co wiemy o zamordowanej?
- Ellen Walsh. Bibliotekarka. Pochodzi z Pleading, gdzie do niedawna pracowała, ale jak nasza stara Jane Hurley przeszła na emeryturę, to Ellen przyjechała na jej miejsce. Nic niezwykłego – sierżant Black zamknął notes.
- He, he, a może jednak? – wtrącił się posterunkowy White. – Sir, pamięta pan tę Kirsty Mills z błędnym wzrokiem parę dni temu?
- Co z nią?
- Jej narzeczony uciekł właśnie do tej bibliotekarki.
- Miałem inne wyobrażenie o bibliotekarkach, a to jakaś femme fatale – nadinspektor zapalił papierosa.
- Że co, Sir? – spytał posterunkowy White.
- Nieważne. Skąd to wszystko wiecie?
- No, od żonki przecież. Moim zdaniem błędna wzięła nóż i przyszła tu pociąć bibliotekarkę. Nie ma wątpliwości. Jechać po nią, Sir?
- Chwileczkę, White. Nie tak szybko. Ktoś wspominał o jakimś narzeczonym. Co za jeden?
- Martin Swift – odpowiedział posterunkowy. – Pracuje w magistracie. Papiery przewraca.
- Zaprośmy go do nas.

XXX

- Posterunkowy dzwonił, ale nie jestem pewny w jakiej sprawie zostałem wezwany – intensywny zapach wody toaletowej Martina Swifta wypełniał gabinet nadinspektora.
- Z kim pan się spotyka?
- Pan z obyczajówki, nadinspektorze? – trzydziestolatek jako jedyny zaśmiał się ze swojego żartu.
- Proszę odpowiedzieć.
- Jeszcze niedawno z Ellen Walsh, ale została zamordowana. Jestem pierwszy na liście podejrzanych, prawda? – Martin Swift znowu się zaśmiał.
- Jakoś się pan nie przejął tą śmiercią – nadinspektor bacznie przyglądał się mężczyźnie.
- Przejąłem się, ale i tak chciałem się rozstać z Ellen. Zwłaszcza, że spotkałem właśnie fajną dziewczynę.
Nadinspektor milczał.
- Z Ellen znaliśmy się od jakiegoś czasu. Jeździliśmy razem rano pociągiem. Ona też do pracy. Fajnie się rozmawiało. Parą zostaliśmy niedawno … Ale nic by z tego nie było. Drugi raz nie dam się usidlić. Już raz prawie byłem żonaty.
- Co pan robił w dniu morderstwa?
- Byłem w Londynie na szkoleniu. Ze sto osób potwierdzi, co robiłem w dzień. A ta nowa dziewczyna potwierdzi, co robiłem w nocy.

XXX

- Myślę, że to on – powiedział posterunkowy White, gdy Martin Swift wyszedł z gabinetu nadinspektora. – Ellen mu się znudziła. Albo może czymś go wkurzała? Albo …
- Kto jeszcze mógłby zamordować bibliotekarkę? – nadinspektor zignorował sugestie posterunkowego.
- Sir, może jakiś czytelnik, he, he? – posterunkowy White rozsiadł się na krześle. – Albo nawet kilku? Zmówili się na nią, bo książek na czas nie oddali. Sir, uważam, że to bardzo dobry powód do morderstwa jest, i można by pójść tym tropem.
- White, nie marnujcie czasu, swojego i mojego – w głosie nadinspektora słychać było irytację.
- A ciekawe, kto teraz będzie bibliotekarką, Sir?
- White, do dyżurki! Natychmiast!
- Tak jest, Sir – powiedział bez przekonania White, a wychodząc, bezgłośnie spytał Blacka. – O co mu chodzi?
Gdy było już słychać pogwizdującego w dyżurce White’a, nadinspektor spytał sierżanta Blacka.
- A co wy o tym sądzicie, sierżancie?
- Brutalne morderstwo. Zniknęło, co prawda, kilka drobiazgów z biżuterii i portmonetka, ale jakoś mi to nie wygląda na tło rabunkowe. Ktoś się wyżył, jakby miał coś do zamordowanej, a rzeczy zabrał, żeby odwrócić od siebie uwagę.
- Też tak myślę – powiedział nadinspektor, patrząc przez okno.
Słysząc aprobatę z ust nadinspektora, sierżant aż się wyprostował i mówił dalej.
- Na razie mamy dwóch kandydatów na mordercę: byłego narzeczonego i byłą narzeczoną. Myślę, że on tego nie zrobił. Jeśli tak łatwo mu przyszło kobietę przed ołtarzem zostawić i jej nie mordować, to dlaczego miałby zabijać tę bibliotekarkę.
- Taaak - nadinspektor Wilson z uwagą słuchał podwładnego.
- A ta błędna, to nawet nie wie, gdzie przód, gdzie tył.
- Może nie tak bym to ujął i trzeba by najpierw obejrzeć jej papiery od lekarza, ale zgadzam się. A co z motywem? Jeśli nie tło rabunkowe, to jakie? Zemsta?
- Chyba tak. Ellen ukradła przecież cudzego narzeczonego.
- Więc jednak tło rabunkowe – uśmiechnął się pod nosem nadinspektor.
- Proszę?
- Nic, nic. Czy ta błędna Kirsty ma kogoś, kto by się zemścił w jej imieniu? Jakiś brat by pasował.
- Jedynaczka. Ojciec nie żyje. Matka to już starsza pani. Ale, Sir, to by raczej tego galancika zabito, jak pan myśli?
- Może jest zbyt cenny, żeby go zabijać. A może zależy jaką wersję wydarzeń galancik przedstawił swojej byłej już narzeczonej. On to pewnie chodząca niewinność, a uwiodła go zła kobieta.

XXX

- Czy córka rozmawiała z panią o swoim związku z Martinem Swiftem?
- Tak – odpowiedziała cicho kobieta. - Znajdziecie jej … mor … ? – ostatnie słowo uwięzło jej w gardle.
- Na pewno.
Nadinspektor zaczekał chwilę, zanim zadał następne pytanie.
- Jak córka nawiązała tę znajomość?
- Poznali się w pociągu. W ubiegłym roku córka dostała pracę w Lichtown i dojeżdżała codziennie z Pleading. W Mallet zawsze wsiadał Martin. Też dojeżdżał do pracy w Lichtown. Któregoś dnia przedstawił się, zaczęli rozmawiać. Ellen mówiła, że był bardzo miły. Po jakimś czasie zaczęli się spotykać.
- Córka mówiła pani, że był zaręczony?
- Z córką? To niemożliwe. Powiedziałaby mi.
- Nie z córką. Z inną kobietą. Zostawił ją na kilka dni przed ślubem, po tym jak zaczął spotykać się z Ellen.
- Och! Nadinspektorze, moja Ellen nie była taka. Nigdy nie umówiłaby się z żonatym, czy zaręczonym mężczyzną. Mnie mówiła, że spotkała bratnią duszę, że ten ktoś też jest sam.
- Jak dawno Ellen przeprowadziła się do Lichtown?
- Miesiąc temu. Wynajęła ten szeregowiec. Miała dość codziennych dojazdów.
- Dlaczego pani przyjechała do Lichtown … rano tego dnia?
- Dzień wcześniej córka miała mnie odwiedzić w Pleading, ale nie zjawiła się i nie odbierała telefonu. Nigdy wcześniej coś takiego się nie zdarzyło – kobieta zaszlochała. – Moja kochana córeczka.

XXX

- Mówcie, White – nadinspektor dopił kolejną kawę.
- No więc ta przyjaciółka zamordowanej to też bibliotekarka. Okularnica, niezbyt ładna, zęby krzywe, niska …
- White, nie jesteście jurorem w konkursie piękności. Do rzeczy.
Posterunkowy wzruszył ramionami.
- Sir, ona powiedziała, że Ellen porządna była bardzo. Że ten Martin musiał się koło niej nachodzić, bo ona nieufna do mężczyzn była. A wcześniej to jednego chłopaka w liceum miała i jednego na studiach. A może to ten sam? Chyba coś pokręciłem, Sir. W każdym razie żadna z niej fatalna-jak-jej-tam.

XXX

- Sir, może warto byłoby porozmawiać z matką błędnej Kirsty Mills? – spytał sierżant Black nadinspektora.
- Też o tym właśnie myślałem. Jedziemy.

XXX

- Nadinspektor Wilson i sierżant Black. Pozwoli pani, że zadamy kilka pytań.
- Komu? Mnie? – około sześćdziesięcioletnia kobieta otworzyła szerzej drzwi wejściowe. – Proszę, niech panowie wejdą. Jeśli chodzi o te ostatnie kradzieże z altanek, to można byłoby już w końcu coś z tym zrobić.
- Pani Mills, my w innej sprawie.
- A w jakiej? – spytała podejrzliwie kobieta.
- Brutalnie zamordowano miejscową bibliotekarkę. Pewnie pani słyszała?
- Brutalnie? – kobieta zamyśliła się.
- Bardzo brutalnie. Znała ją pani?
- Nie - odpowiedziała natychmiast Stephanie Mills, odwracając wzrok.
- To była nowa partnerka pani niedoszłego zięcia.
- Ach, ona - udała zdziwienie Stephanie Mills, a po chwili dodała. - Zmarnowała mi dziecko.
- Co ma pani na myśli?
- Omamiła Martina, usidliła go. Jakby nie ona, to moja Kirsty już by była po ślubie. Szczęśliwa. Ale jeszcze nic straconego. Teraz jak Martin znowu jest wolny, to wróci do mojej Kirsty. Na klęczkach będzie ją błagał, żeby go z powrotem przyjęła.
Wilson i Black spojrzeli na siebie zdziwieni, ale nie odezwali się. Stephanie Mills zaczęła nagle przestawiać bibeloty na kominku i wycierać kurze rękawem swetra. Mówiła dalej, nie patrząc na policjantów.
- Mamusia wszystkim się zajęła.

Olga Walter

środa, 2 grudnia 2015

22. Afekt


- White, jak wam minęły święta? Pewnie się objedliście, co? – pytając, nadinspektor Peter Wilson poprawił sobie twarzowy krawat, który dostał w prezencie od mamy.
- Mhm – wymamrotał w odpowiedzi posterunkowy i jeszcze wyżej postawił kołnierz kurtki.
- A pełnym zdaniem – nadinspektor zaczął nabierać podejrzeń, co do stanu zdrowia podwładnego.
- Mhm.
Nadinspektor kiwnął głową do sierżanta Blacka, a ten podszedł do posterunkowego i bezceremonialnie obejrzał jego twarz.
- Sir, on cały spuchnięty z lewej strony jest.
- White, boli was ząb? – spytał z troską nadinspektor.
- Yyy – posterunkowy zdecydowanie zaprzeczył.
- Dosyć tego. Black, zaprowadźcie go do dentysty. Jak rwać, to rwać - nadinspektor mrugnął porozumiewawczo do sierżanta. - i zaraz do roboty z powrotem.
- Tak jest – odpowiedział niechętnie sierżant Black i odstawił kubek z kawą.
- Yyy! – zaprotestował przerażony posterunkowy White.
Sierżant Black lekko popchnął posterunkowego w kierunku korytarza.
- White, no idź!

XXX

- Black? Już po wszystkim? Tak szybko? – nadinspektor Wilson był zdziwiony telefonem od sierżanta.
- Nie. White ma dzisiaj szczęście. Ktoś zamordował asystentkę doktora.

XXX

Nadinspektor Peter Wilson wszedł do poczekalni dentysty i kiwnął wszystkim głową na powitanie, a sierżant Black od razu zaczął relacjonować.
- Sir, więc było tak: wchodzimy do poczekalni, w środku siedzi tylko Lawrence Thatcher i wybiera sobie gazetę ze stolika. Grzecznie pytamy, znaczy ja pytam – wskazał na siebie sierżant. – bo White to ... sam pan wie. No więc pytam, czy doktor już przyjmuje pacjentów. Lawrence mówi, że nie wie, bo też dopiero przyszedł. Faktycznie, jest trochę zziajany. Asystentki akurat nie ma przy biurku, to sobie myślę, że zajrzę do gabinetu. W końcu policjanta na służbie doktor nie wyprosi. Zaglądam i pytam, kiedy nas przyjmie, to znaczy White’a, a doktor jak na mnie nie huknie, że mam pytać pannę Evans. Wycofałem się i podszedłem do rejestracji. Myślę, chwilę mogę na tę pannę Evans poczekać. A ta biedaczka pod biurkiem leży. Wszedłem za kontuar, żeby tętno sprawdzić, no wiadomo ... A z jej szyi długopis wystaje ... firmowy doktora ... Niech to szlag ... taka młoda. – sierżant ciężko westchnął. – Od razu zadzwoniłem do Pleading po ekipę, a potem do pana, Sir.
- Jakim cudem są tu przede mną?
- Właśnie jechali z innej roboty. Dosłownie przez Lichtown przejeżdżali. W Bludgeon w czasie świąt jedna rodzina się pokłóciła i ofiary w ludziach są.
- Może prezenty się nie podobały. A ten, co siedzi obok Lawrence‘a, to kto?
- Licówki. To on był w gabinecie, jak z Whitem przyszliśmy – sierżant zajrzał do notatnika. – Nazywa się Matt Smith.
- Sierżancie, wygońcie White’a na posterunek. Niech tu nie straszy tą spuchniętą gębą. Coś przeciwbólowego w naszej apteczce znajdzie.
- Tylko, że ja ostatnio wszystko wyjadłem.
- To już niech White sobie jakoś radzi. Obejrzę zwłoki, żeby chłopaki mogli robić swoje, a potem pogadam z doktorem.
- A ja?
- Na razie maglujcie Lawrence‘a.
- Tak jest. A licówki?
- Niech czeka, sam go potem przepytam.

XXX

Nadinspektor Wilson wszedł do gabinetu doktora Cowella.
- Muszę zadać panu kilka pytań.
- Oczywiście, ale czy mogę najpierw skończyć zajmować się pacjentem? Sierżant Black kazał mu siedzieć w poczekalni.
- Boli go w tej chwili? – w głosie nadinspektora nie było słychać współczucia.
- Nie.
- Więc, niech czeka. O której widział się pan rano z panną Evans?
- Nie widziałem jej.
- Jak to?
- Mieszkam w tym budynku, mam osobne wejście bezpośrednio do gabinetu.
- Czy ma pan jakieś podejrzenie, co do sprawcy zabójstwa?
- Nie.
- Ten młody człowiek, pana pacjent ... co pan o nim wie?
- Matt Smith? – upewnił się doktor Cowell. – Bardzo dba o zęby. Często przychodzi.
- Był znajomym panny Evans?
- Nie. Bardzo oficjalnie z nim rozmawiała. Jak kiedyś zażartowałem, że pan Smith na pewno chciałby się z nią umówić, to odpowiedziała, że chyba w marzeniach. Może faktycznie nie jego liga.

XXX

- Może pan mówić? – nadinspektor Wilson podszedł do Matta Smitha.
- Tak. To przesłuchanie? – spytał mężczyzna niepewnie.
- Ależ skąd. Po prostu, miał pan pecha znaleźć się tu w niewłaściwym czasie i dlatego chcę zadać panu kilka pytań.
Matt Smith kiwnął głową.
- Gdzie była panna Evans, gdy wszedł pan dzisiaj do poczekalni?
- Nie wiem. Nie tutaj.
- A jakiś pacjent już czekał?
- Nie.
- Pana wizyta była wcześniej umówiona, czy to nagły przypadek?
- Umówiona. Jeszcze przed świętami dzwoniłem – mężczyzna odzyskał pewność siebie.
- Co pan zrobił po przyjściu?
- Usiadłem na krześle, na tym samym, co teraz, ale jak tylko wziąłem „Dziennik sportowy“ do ręki, to z gabinetu wyszedł doktor Cowell i kazał mi wejść. Wiele się nie naczytałem.
- Doktor nie był zdziwiony, że panny Evans nie ma w rejestracji?
- Chyba nie? W końcu ma kobieta prawo wyjść na chwilę, napić się czy coś. He, he.
- A pan podchodził do rejestracji?
- A po co? – spytał podejrzliwie Matt Smith.
- Żeby poinformować, że już pan przyszedł.
- Z rejestracji widać, kto wchodzi. Zresztą już powiedziałem, że Camilli ... panny Evans nie było przy biurku.
- Byliście znajomymi?
- Nie.
- Doktor mówił, że często rozmawialiście.
- To ona zagadywała.

XXX

- Wstawcie czajnik, Black. Ale ziąb – nadinspektor Wilson niechętnie zdjął kurtkę. – Co wam powiedział Lawrence Thatcher?
- Że ma bardzo dobrą ofertę dla pana. Tym razem ze sporym ogrodem. Tak jak pan prosił.
- Zadzwonię do niego po Nowym Roku. Chyba, że to on zamordował, wtedy będę musiał znaleźć innego agenta nieruchomości. Dawaj, co masz.
- Lawrence mówi, że jak wszedł do poczekalni, to nikogo nie było, a ledwie usiadł, to my z White’m przyszliśmy, a potem to już wiadomo. Tyle z niego wycisnąłem.
- Niewiele. Nic nie słyszał, nic nie widział? Pytaliście?
- Pytałem. Nic.
- A to, że był zziajany? Może mordowanie tak go zmęczyło, co?
- Trzy razy mi powtarzał, że chwilę wcześniej wszedł po schodach. Że jak będę w jego wieku to ...
- A ile tam tych schodów? W dwóch podskokach można wejść.
- Pan i ja w dwóch, ale dla niego Himalaje. Sir, tak sobie myślę ... naprzeciwko gabinetu doktora Cowella jest sklep Anny Weller. Może coś widziała? Przejdę się do niej, dobrze?

XXX

- Sir, akurat w sklepie nie było ludzi – sierżant Black zamrugał oczami, przedrzeźniając Annę Weller. – to podeszła do okna i patrzyła na ulicę. Mówi, że widziała wszystkich po kolei, jak wchodzili do gabinetu. Najpierw Matt Smith, potem Lawrence Thatcher, a potem ja i White. Jeszcze mi dokładny czas podała, bo ma w sklepie zegar nad drzwiami. – sierżant Black podał nadinspektorowi zapisaną kartkę.
- Sugerowaliście jej odpowiedzi? – spytał nadinspektor.
- Sir, nigdy w życiu! – oburzył się Black. – Świeżo po szkoleniu jestem, Sir!
- Dobrze, dobrze.
- Sir, a może to doktor?
- Wątpię. Co o nim wiemy?
- Ludzie bardzo go lubią, chociaż dentysta. Ha, ha! Parkuje prawidłowo, nie przekracza prędkości ... Ale chętnie sprawdziłbym go dokładniej.
- Szkoda czasu. Mój nos mi mówi, że to nie on. Za to Matt Smith mnie niepokoi. Pogadajmy sobie z nim.

XXX

- Ładna choinka – powiedział nadinspektor Wilson, gdy Matt Smith wprowadził jego i sierżanta Blacka do niewielkiego pokoju na parterze szeregowca.
- Dzieciaki siostry pomagały ubierać. Panowie siadają.
- Pan bardzo dba o zęby – stwierdził nadinspektor.
- To chyba normalne – odburknął Smith.
- Wie pan, normalne to jest plombowanie – nadinspektor dotknął językiem lewej górnej szóstki. – ale licówki to jednak trochę więcej niż norma. Do czego to panu potrzebne? Gdzie pan pracuje? W telewizji?
- Chwilowo nigdzie.
- A przedtem?
- W budowlance.
- Co się stało? Roboty nie ma?
- Jest. Szef mnie zwolnił.
- Piłeś? – spytał wprost nadinspektor.
- Ani kropli! – obruszył się Matt Smith. – Powiedział, że jestem konfliktowy. Idiota! Jak mi coś nie pasuje, to nie będę siedział cicho, co nie?
- Podobała ci się?
- Kto?
- Camilla Evans.
- Brzydka nie była.
- Odmówiła ci? Obraziła cię?
Matt Smith nie odpowiedział.
- Słuchaj, mamy świadka, który widział przez okno, co robisz – powiedział nadinspektor.
- To źle widział! Dlaczego miałbym ją zabijać? Co to, ona jedna na świecie? – prychnął Smith.
- A może o to chodzi, że jedna? Zabiłeś ją, bo nie chciała się z tobą umówić. A podobała ci się jak cholera. To dla niej sobie licóweczki robiłeś.
- Niech pan przestanie.
- Myślę, że było tak: przyszedłeś, znowu ją chciałeś gdzieś zaprosić, powiedziała ci, żebyś spadał, albo i gorzej. Kto by to wytrzymał? Akurat ci się długopis nawinął, no to ją tym długopisem bach! Przez nią następne choinki będziesz z naczelnikiem więzienia ubierał.
- Niech pan przestanie!
- Papierosa?
Matt Smith sięgnął drżącą dłonią do paczki.
- O, widzę mańkut jesteś! Chłopie, siedzisz w tym po szyję, bo właśnie od mańkuta oberwała. Tak się zastanawiam, ile dostaniesz. Jak myślicie, sierżancie? Dożywocie, prawda?
- Niech pan przestanie! Tak, to ja ją zabiłem, tylko niech pan już przestanie!

XXX

- Ale go pan rozmiękczył, Sir – sierżant Black był pełen uznania. – A nie mówił pan, że mamy świadka, który widział morderstwo.
- Bo nie mamy. Jedyny świadek to Anna Weller – powiedział  nadinspektor Peter Wilson.
- Ale ona tylko widziała przez okno swojego sklepu, jak Matt Smith wchodzi do budynku.
- A co ja powiedziałem?
- Że mamy świadka, który widział przez okno, co Matt Smith robi.
- Nie doprecyzowałem, o które okno chodzi, i co akurat Smith robił. A on zrozumiał, jak chciał – nadinspektor zapalił papierosa i usiadł przy biurku.
- Aha! Ja to zostanę sierżantem do końca życia, Sir. Dobranoc – pożegnał się sierżant Black, ale po chwili zawrócił do gabinetu nadinspektora.
- Gdzie pan spędza Sylwestra, Sir?
- Tutaj. Jest mnóstwo papierów do przerobienia.
- Niech pan się przyłączy do nas. Będzie trochę znajomych.
- Dzięki, Black. Innym razem.

wtorek, 6 października 2015

21. Zjazd absolwentów


- Idź – pani Wilson usiadła przy kuchennym stole obok syna.
- Nie. Mamo, już mówiłem. Nie mam ochoty.
- Peter, musisz chodzić między ludzi.
- Przecież chodzę.
- Posterunkowy White i sierżant Black to nie ludzie.
- Dobrze, że cię nie słyszą.
- A ty dobrze wiesz, co mam na myśli. Idź. Może kogoś poznasz? – powiedziała z nadzieją w głosie pani Wilson.
- Mamo, kogo ja mogę poznać na zjeździe absolwentów? Przecież wszystkich znam. A zresztą, teraz nie mam ochoty na nowe znajomości.
- To odnowisz stare. Aha, a Lucy nie przyjedzie. Kilka dni temu rozmawiałam z nią przez telefon.
Na dźwięk imienia byłej narzeczonej Peter smutno się uśmiechnął.
- Powspominasz ze znajomymi liceum - pani Wilson nie przestawała namawiać syna. - A trochę alkoholu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
- Już dobrze – Peter dopił kawę i wstał z krzesła. – Pójdę, ale robię to tylko dla ciebie.

XXX

W sali restauracyjnej słychać było śmiech, rozmowy i głośną muzykę z lat 90., do której kilka osób tańczyło.
- Peter!? – do stolika podbiegł umięśniony mężczyzna.
- Frank? Frank Conway? To ty? – upewnił się Peter. – Siadaj z nami. Powiesz, co u ciebie.
- Peter! Jesteś tu w Lichtown policjantem, prawda?! Bruce Anderson! – Frank Conway wskazywał ręką wejście do restauracji. – Tak na mnie patrzył!
Frank Conway wytrzeszczył oczy, a nadinspektor Peter Wilson spojrzał pytająco.
- On nie żyje! – ciągnąc Petera za rękaw, Frank mówił z przejęciem. – Stary, chciałem zapalić przed knajpą. Wieje jak cholera, to poszedłem za winkiel, a tam ktoś leży. Myślałem, że się schlał, ale jak go odwróciłem to ... To jest Bruce. I patrzył na mnie tymi oczami.

XXX

Nadinspektor Peter Wilson podszedł do DJ-a. Muzyka przestała grać, a nadinspektor powiedział przez mikrofon.
- Nadinspektor Peter Wilson. Policja w Lichtown. Proszę nie wychodzić. Miało miejsce ... pewne zdarzenie. Musimy państwa przesłuchać.
Na sali rozległy się śmiechy.
- Ale fajnie! Zabawa w śledztwo.
- Świetny pomysł. Wiedzieliście o tym?
- Ja już kiedyś brałem udział w czymś takim.
- I co? Zgadłeś, kto zabił?
- Eee ...
Od jednego ze stołów wstał wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, i zaczął wkładać marynarkę.
- Zostań na miejscu, Robert – powiedział stanowczo Peter Wilson i dodał. – Proszę państwa, to nie jest zabawa.
- Co ty, Peter? Nie wygłupiaj się – Robert Lewis poprawił kołnierz marynarki.
- Mówię poważnie. Zostań na miejscu.

XXX

Przed wejściem do restauracji stały wozy policyjne, a mundurowi otaczali cały budynek.
- Chrup i do widzenia. Ktoś mu skręcił kark – patolog z trudem podniósł się z klęczek.
- O jejka! – posterunkowy White położył sobie rękę na karku. – Sądząc po ofierze, mordercą musi być jakiś duży facet.
- Tak, możemy wykluczyć wszystkie kobiety obecne teraz w restauracji. Żadna z nich nie spełnia koniecznego warunku „duży facet“ – patolog zaczął zdejmować rękawiczki.
- Nawet Jenny Porter? – spytał nadinspektor Wilson i wskazał głową kobietę palącą papierosa w drzwiach restauracji.
Patolog spojrzał w jej kierunku.
- Nawet ona.

XXX

Nadinspektor Peter Wilson zamienił gabinet kierownika restauracji w pokój przesłuchań. Jako pierwszy został wezwany Robert Lewis.
- Dokąd się tak spieszysz, Robert? – spytał nadinspektor.
- Na dyżur.
- Jaki?
- W szpitalu. Jestem lekarzem. Spóźnionym – akcentując ostatnie słowo, Robert Lewis zaczął bębnić palcami o stół.
- Niech cię ktoś zastąpi.
- Mamy braki kadrowe.
- Jakieś kłótnie z Brucem Andersonem?
- Od ukończenia szkoły nie widziałem gościa ani razu – Robert Lewis był coraz bardziej zniecierpliwiony.
- A za szkolnych czasów?
- Też nie.
- Czy ta kobieta, która siedziała przy twoim stoliku to Vicky Firth?
- Tak. Pytasz, bo była kiedyś dziewczyną Bruce‘a?
Nadinspektor nie odpowiedział.
- Teraz jest moją żoną. Od prawie dwudziestu lat. Nazywa się Vicky Lewis.
- Jak wam się układa?
- Powiem ci, bracie, nie mogłem lepiej trafić. Mamy dwie cudowne córki. Jeszcze jakieś pytania zanim pójdę na dyżur, nadinspektorze – spytał obcesowo Robert Lewis. – Pacjenci czekają.
- Niech pan idzie, doktorze.

XXX

Kolejną przesłuchiwaną osobą była Vicky Lewis.
- Gdy wszedłem dziś na salę zobaczyłem, że rozmawiasz z Brucem Andersonem – nadinspektor Peter Wilson obserwował reakcję kobiety. – Odniosłem wrażenie, że to nie jest przyjacielska pogawędka.
- To tylko twoje wrażenie – odpowiedziała, nie patrząc w oczy Peterowi.
- Pamiętam, że przez prawie całe liceum byliście parą. Najlepszy skrzydłowy i najładniejsza dziewczyna. – Peter uśmiechnął się na wspomnienie swojego nastoletniego zauroczenia koleżanką.
Na twarzy kobiety również pojawił się uśmiech.
- Rozstaliście się dopiero pod koniec szkoły – kontynuował Peter. – O co poszło?
- Młodzieńcza miłość. Wystarczy byle głupstwo.
- Jakie to było głupstwo?
- Nie pamiętam.
- Jak ułożyłaś sobie życie?
- Niedługo po egzaminach zaczęłam spotykać się z Robertem. Robertem Lewisem.
- Tak, wiem o kim mowa.
- Pobraliśmy się, mamy dwoje dzieci.
- O czym rozmawiałaś dzisiaj z Brucem?
- Zadał mi to samo pytanie, co ty: jak ułożyłam sobie życie. Myślałby kto, że go to obchodzi. Powiedziałam mu, żeby dał mi spokój, tylko słów użyłam mocniejszych – kobieta zamknęła na chwilę oczy i dodała. – To głupstwo, o które spytałeś ... Jesteś policjantem, w tej sytuacji pewnie muszę ci powiedzieć. Jego rodzice nie chcieli, żeby mój brzuch stanął na drodze kariery prawniczej ich syna. Tak się wyrazili. A synalek nie przeciwstawił się im.
- Czy powiedziałaś o tym Robertowi?
- Tak, o wszystkim. Byłam wtedy w kompletnej rozsypce. Wpadliśmy z Robertem na siebie przypadkiem. Wypłakałam mu się w ramię. Zachował się wspaniale. Poukładany facet.
- Czy ... ?
- Tak. Biologiczny ojciec naszej starszej córki to Bruce Anderson.

XXX

Frank Conway usiadł na krześle i z zadowoleniem przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze na przeciwległej ścianie. Następnie odwrócił się do nadinspektora i powiedział.
- Już wiem, czemu nie jestem policjantem. Oglądanie trupa to średnia przyjemność.
- Z czego żyjesz? – spytał nadinspektor.
- Jestem trenerem fitnessu. Mam klub w Manchesterze  – powiedział z dumą Frank Conway.
- Nie gniewaj się Frank, ale pamiętam cię ze szkoły. Byłeś cherlakiem. – sprowokował nadinspektor.
- Się ludzie zmieniają, co nie? – zaśmiał się mężczyzna. – Miałem motywację do zmiany.
- Jaką?
- Wiadomo, kobiety. Lubią mięśniaków – Frank Conway napiął biceps.
- Przede mną nie musisz się popisywać. Ale to nie kobiety lały cię w szkole, prawda? Pamiętam, nie było miesiąca, żebyś nie chodził z podbitym okiem. W fiolecie ci nie do twarzy – nie przestawał prowokować nadinspektor.
- Może się zdarzyło raz czy drugi – przyznał niechętnie Frank.
- Ja bym zniewagi nie puścił płazem.
- Ja też, ale wtedy był dwa razy cięższy ode mnie. Nie miałem wyboru.
- Wtedy? – spytał nadinspektor i dodał. – Czy dzisiaj?

XXX

Posterunkowy White siedział naprzeciwko nadinspektora Wilsona w jego gabinecie.
- Frank Conway zabił? Sir, przecież to on panu zgłosił, że znalazł martwego Andersona. A jaki był przejęty. Na siebie by donosił?
- W ten sposób chciał odwrócić od siebie uwagę. Sprytne – powiedział z uznaniem nadinspektor. – Trzeba przyznać, aktorsko całkiem nieźle sobie poradził. Prawie uwierzyłem.
- I tak z zimną krwią?
- Nie wiem. Nie było mnie tam, jak mordował. Ale w dalszej części przesłuchania strasznie się rozkleił. Dobrze, że na stole były serwetki.
- A taki mięśniak, kto by pomyślał.
- Mówiąc szczerze, rozumiem go. Tylko, że ja bym takiemu Bruce‘owi od razu dał po mordzie, a nie czekał dwadzieścia lat.
- A tak po prawdzie to, o co chodziło?
- Bruce upokarzał Franka, zwłaszcza przy dziewczynach. To dlatego Frank zaczął chodzić na siłownię. Jak to dzieciaki teraz mówią? Wylaszczył się?
- Tak. Chyba tak.
- Nikt z nas go nie rozpoznał. A nie, przepraszam, Jenny Porter powiedziała, że od razu wiedziała, że to on.
- Ale głupi jak but ten Frank. Tyle lat starań, ćwiczenia, dieta, pewnie sobie piwka nie wypił, papieroska nie zapalił ... Chwila, pan powiedział, że wyszedł na fajkę?
- On nie pali, ale musiał mieć pretekst, żeby wyjść na zewnątrz. A co jest do tego najlepsze, White? Fajka.
- No tak, co racja, to racja. A teraz głupek w więzieniu posiedzi przez resztę życia – posterunkowy White westchnął. – Sir, ciężka noc. Zaraz przyjdzie Black. Mogę iść do domu?

XXX

Pani Wilson przyjrzała się synowi.
- Widzę, Peter, że jesteś w lepszej formie. Dostałeś kolorków na twarzy.
- Mamo, przestań – obruszył się Peter. – Dawno skończyłem pięć lat.
- A nie mówiłam, że warto iść na to spotkanie?
- Nie słyszałaś o morderstwie? – spytał zdziwiony Peter.
- Oczywiście, że słyszałam. Żal mi tego Bruce‘a, i nawet Franka mi żal, ale na ciebie śledztwo podziałało jak lekarstwo. Herbaty?

Olga Walter