- Tak, Sir. - posterunkowy White był przejęty. - Tak właśnie powiedziała przez telefon, że jej teść jest zabity siekierą.
- Jedziemy.
XXX
Gdy technicy zaczęli zajmować się miejscem zbrodni, nadinspektor Peter Wilson podszedł do synowej zamordowanego.
- Ma pani jakieś podejrzenia?
Kobieta wyjęła spod swetra gruby zeszyt w przetartej okładce i podała go nadinspektorowi.
- Tu są wszyscy podejrzani.
Nadinspektor spojrzał pytająco.
- Nie wie pan? - Rosie Green była zdziwiona. - Teść był lichwiarzem, z tego żył. Ja w sumie też. To znaczy - dodała szybko - ja nie zajmuję się lichwą, ale prowadziłam mu dom.
Nadinspektor przejrzał zeszyt zapisany starannym pismem.
- Informuje mnie pani o tym? Przecież to nielegalna działalność. - nadinspektora zaskoczyła szczerość kobiety.
Wzruszyła ramionami.
- Teraz to dla niego bez znaczenia. A może przynajmniej znajdziecie mordercę.
- Gdzie przyjmował klientów?
- W domu.
- Czy ktoś groził teściowi?
- Czasem słyszałam podniesione głosy, ale nigdy teścia. On był bardzo spokojnym człowiekiem. Wie pan, on miał … nie wiem, jak to powiedzieć. No, po prostu wystarczyło, że spojrzał i już pan wiedział, że nie ma żartów. Rozumie pan, o co mi chodzi?
Nadinspektor Wilson kiwnął głową i spytał.
- Będziemy mogli potem porozmawiać z pani mężem?
- Będzie z tym kłopot. - westchnęła. - Mąż zniknął dziesięć lat temu. Z dnia na dzień.
- Wie pani dlaczego?
- Nigdy nie podobało mu się to, z czego żyje jego ojciec. Ale żadnego listu nie zostawił. Mówił mi czasem, że jak był młodszy, to marzył o wyjeździe na Alaskę, że to jest życie dla prawdziwego mężczyzny, a nie kisić się w jakimś Lichtown. Myślę, że jest gdzieś na tej swojej Alasce.
- Kontaktuje się z panią?
- Nie.
XXX
- Sir, ale skąd pan wiedział, żeby wykopki zrobić w ogródku u tego starego lichwiarza Greena? No, ja nie mogę! Chłopaki powiedzieli, że znaleźli kościotrupa. Ale historia! - posterunkowy White usiadł na krześle i uderzył dłonią w udo. - Mówią wstępnie, że to mężczyzna, Sir. Trochę sobie w tej ziemi poleżał. Patolog będzie do pana dzwonił.
Rozmowę przerwał dźwięk telefonu na biurku nadinspektora Wilsona.
- O! Pewnie patolog. - ucieszył się posterunkowy White.
- Nadinspektor Wilson. Słucham. - W przeciwieństwie do posterunkowego White'a nadinspektor Wilson nie spodziewał się tak szybko telefonu od patologa.
- Tak pani Green, znaleziono szkielet w waszym ogrodzie. ... Niestety jeszcze nic nie wiadomo na pewno ... Tak, trochę to potrwa. ... Pani Green, proszę nie opuszczać miasta.
XXX
Do gabinetu nadinspektora wszedł posterunkowy Black i starannie zamknął za sobą drzwi.
- Sir, mamy problem. - posterunkowy machnął grubym zeszytem lichwiarza.
Nadinspektor popatrzył w zeszycie na miejsce, które posterunkowy Black wskazał palcem.
- Nie? - powiedział nadinspektor, spoglądając na posterunkowego.
- Tak, Sir. To ojciec posterunkowego White'a. Sto tysięcy funtów.
- Macie absolutną pewność?
- Tak, Sir.
- Absolutną?
- Tak.
- Wołajcie White'a.
Black wyszedł z gabinetu i po chwili obaj posterunkowi zameldowali się przełożonemu. Nadinspektor poprosił, żeby usiedli.
- White, wiecie, co to jest? - nadinspektor wskazał zeszyt lichwiarza.
- No co mam nie wiedzieć? - zdziwił się pytaniem White. - Ten zeszyt, co stary Green wpisywał pożyczki. - A swoją drogą - zaśmiał się White - co za kretyni, żeby od lichwiarza pożyczać, przecież wiadomo, że potem żywcem skórę zedrze, no nie, Sir? Kretyni, ha, ha.
- White, w tym zeszycie jest pożyczka dla waszego ojca.
White spojrzał z niedowierzaniem na nadinspektora.
- Co pan mówi, Sir? Ale przecież ojciec powiedział, że dostał pieniądze z banku. Boże! Co ja teraz zrobię? - posterunkowy White złapał się za głowę. - Sir, ojciec dołożył mi te pieniądze na kupno i remont domu. Wszystko dawno wydane. Co ja mam teraz zrobić, Sir?
- White, odsuwam was od tego śledztwa. Weźcie sobie urlop jeśli chcecie.
- Tak jest, Sir. - posterunkowy White wstał ciężko z krzesła i wyszedł z gabinetu przełożonego.
Nadinspektor i posterunkowy Black patrzyli za nim ze współczuciem. Gdy drzwi zamknęły się za Whitem, posterunkowy Black spojrzał na nadinspektora zdziwiony.
- Nie przesłucha go pan, Sir?
- White'a i jego ojca zostawmy na koniec. Może jakiś cud się zdarzy i unikniemy tego w ogóle. Oby. - nadinspektor westchnął i spytał. - Macie jeszcze jakieś rewelacje w tym zeszyciku, Black?
- Kojarzy pan tę budowę nad samym morzem, co od razu widać, że dużo pieniędzy włożone, Sir?
- Jasne.
- Właścicielem jest ten sławny architekt z Londynu. Nico Hurley. Projektuje domy ludziom z pierwszych stron gazet. Obok jego nazwiska jest wpisany milion funtów.
- Sam się z nim rozmówię. Jest teraz w mieście?
- Nie wiem. Ale często go widuję. Chyba krąży między Londynem a Lichtown.
- Są jeszcze takie duże kwoty?
- Aż tyle to nie, ale jest sześćset tysięcy dla Mike'a Cowella. Zna go pan?
- Nie, chyba nie.
- To przedsiębiorca, produkuje jakieś części do samochodów. Współpracuje z większymi od siebie.
- Ach, Mike Cowell. Przecież chodziłem z jego synem do szkoły. Tom Cowell. Ciekawe co z nim? - powiedział do siebie nadinspektor, ale nieoczekiwanie dla niego Black znał odpowiedź.
- Jest profesorem na którymś z amerykańskich uniwersytetów, ale zajmuje się taką dziedziną, że nie potrafię tego powtórzyć. Coś na "A".
- Bogaci ludzie. Stać ich było, żeby Tom studiował w Stanach.
- Na pewno. Wielki dom, na stałe gospodyni, kucharka i ogrodnik.
- Musimy się spieszyć, więc sami przepytajcie Mike'a Cowella i meldujcie mi, Black. A mniejsze kwoty?
- Jedna kwota niespłacona, to pięćset funtów. Jakiś Clive Woodward. Nie znam go. Jest adres. 12 Barlow Street. A reszta pożyczek pospłacana.
- Jak będę wracał od architekta, to zahaczę o tego Clive'a. Widzimy się potem.
XXX
Nadinspektor Peter Wilson spojrzał w kierunku rozległego budynku w trakcie budowy. Wysiadł z samochodu i podszedł do bramy. Przechodził przez nią elegancko ubrany siwy mężczyzna.
- Przepraszam. - zagadnął nadinspektor. - Czy pan Nico Hurley?
- O co chodzi? - spytał chłodno mężczyzna.
- Policja w Lichtown. Nadinspektor Peter Wilson. - nadinspektor okazał legitymację.
- Przepraszam. Różni się tu kręcą. To ja. Nico Hurley. - mężczyzna podał rękę na powitanie. - Czym mogę służyć?
- Czy zna pan Ryana Greena?
Nico Hurley zawahał się zanim odpowiedział.
- Tak.
- Jak dobrze?
- Nie przyjaźnimy się. To biznesowa znajomość.
- Co ma pan na myśli?
- Chodźmy do biura, tam będziemy mogli spokojnie porozmawiać.
Nadinspektor rozejrzał się dyskretnie po wnętrzu, urządzonego ze smakiem, biura.
- Panno Lauren, proszę zrobić sobie przerwę. - Nico Hurley zwrócił się do sekretarki.
- Oczywiście, proszę pana.
Kobieta wstała od biurka, wyjęła z szafki torebkę i wyszła.
Nico Hurley wskazał nadinspektorowi krzesło przy niewielkim stole konferencyjnym.
Gdy usiedli, architekt zaczął mówić.
- Wystartowałem z tą budową rok temu, już dawno powinienem ją skończyć. Jesteśmy nad morzem, to nie to samo, co budowa w głębi lądu i wziąłem to oczywiście pod uwagę, chodzi o grunt, ale pojawiły się dodatkowe trudności. Nie będę pana zanudzał technicznymi szczegółami, w każdym razie, straciłem płynność finansową. Na razie nie mam dużych zleceń, więc praktycznie nie zarabiam, zastój na rynku, a rachunki codziennie wpływają. Trochę pogadałem ze znajomymi i tak trafiłem do Ryana Greena. Nieciekawa postać.
- Jaką kwotę pan pożyczył?
- Milion. A i to nie wiem, czy wystarczy.
Nico Hurley wstał od stołu i wyjrzał przez okno.
- Ten dom to marzenie mojego życia. Siedziba na starość. Blisko morze, spacery z psem co wieczór. Zachody słońca. Śmieszny ze mnie facet, co?
Po tak osobistym wyznaniu Nico Hurleya, nadinspektor zaczekał chwilę, zanim zadał następne pytanie.
- Jak pan ocenia swoją sytuację finansową w najbliższej przyszłości?
- Muszę jak najszybciej spłacić Greena. Może w banku coś wskóram, liczę też na dobre zlecenie. Chyba coś się ruszyło. Julia planuje budowę domu w Anglii, chce posłać dzieci do angielskiej szkoły.
Nadinspektor nie przerywał Nico Hurleyowi, któremu myśl o nowym ambitnym zleceniu wyraźnie poprawiła humor.
- Za ostatni film dostała piętnaście milionów dolarów. Mam nadzieję, że się dogadamy. Już byłem w Stanach w tej sprawie.
- A gdzie pan był wczoraj rano? - nadinspektor Wilson zmienił nagle bieg rozmowy.
Nico Hurley spojrzał na nadinspektora badawczo.
- Byłem w pociągu z Londynu, tym o 5.40. Przyjechał zgodnie z rozkładem, czyli o 7.05. Wsiadłem do swojego samochodu, zostawiam go zawsze przy dworcu, i przyjechałem prosto tutaj. Panna Lauren już była, no i Greg Krasinsky miał dyżur przy bramie. Nie pyta pan bez powodu, oczywiście.
- Ryan Green nie żyje. Morderstwo.
- Niech go szlag.
XXX
Nadinspektor wjechał w wąskie uliczki oddalone od morza. Rozglądał się uważnie, żeby nie przeoczyć 12 Barlow Street. W końcu zauważył ten numer na odrapanym szeregowcu i zaparkował przy samym wejściu.
Zanim nadinspektor nacisnął dzwonek, drzwi otworzyły się i wybiegła z nich trójka roześmianych dzieci.
- Pa, mamo, pa, pa!
- Pa! Tylko nie przechodźcie przez ulicę! A pan do kogo? - spytała kobieta, cały czas spoglądając na biegnące dzieci.
- Dzień dobry. Nadinspektor Peter Wilson. Policja w Lichtown. Do pana Clive'a Woodwarda.
- Mąż jest w warsztacie. Proszę niech pan wejdzie.
Zaprowadziła nadinspektora na tyły domu.
- Clive, pan nadinspektor do ciebie.
- Jak coś na dzisiaj, to nie zdążę, chyba, że naprawdę jakaś drobna naprawa. - mężczyzna wystawił głowę ze składziku.
- Dzień dobry. Jestem policjantem.
- A, policjantem? Proszę mówić głośniej, mam problemy ze słuchem. Wypadek w młodości.
- Gdzie pan był wczoraj rano? - zaczął bez wstępów nadinspektor.
- O! Chyba coś poważnego, że pan pyta? Panie ...
- Nadinspektor Peter Wilson. - nadinspektor ponownie się przedstawił, tym razem głośniej.
- Panie nadinspektorze, a gdzie ja mogłem być. Tutaj w domu. Z żoną i dziećmi.
- A inni świadkowie?
- Źle sypiam, koło piątej wyszedłem na papierosa, zamieniłem dwa słowa z Hendricksem. Mieszka obok. Potem ogarnąłem się i poszedłem do sklepu na rogu. Po bułki dla dzieci. Jak wracałem, to firanka się poruszyła u pani Amelii. Myślę, że ona ma lepsze kartoteki niż Scotland Yard. A co się stało?
Nadinspektor odpowiedział pytaniem.
- Zna pan Ryana Greena?
- Jak pan o niego pyta, to pewnie ktoś go zatłukł? Nie dziwię się. Krwiopijca. Nie przelewa się nam, a jak niedawno zachorowała nasza najmłodsza, Agnes, to potrzebowaliśmy pieniędzy na leki. Tak trafiłem do Greena. Dorabiam drobnymi naprawami, ale wszystko mało. Żona nie pracuje. Nie było źle, póki Agnes nie zachorowała.
Nadinspektor wyjął paczkę papierosów i poczęstował Woodwarda.
- Ma pan tu siekierę?
- Siekierą go ktoś rozwalił?! - mężczyzna gwizdnął przeciągle i wszedł do składziku. Po chwili wyszedł z siekierą w ręce.
- Moja jedyna. Bardzo o nią dbam i nie używam do rąbania ludzi, nadinspektorze.
XXX
- Black, jak poszło u Mike'a Cowella? - nadinspektor wstawił czajnik na herbatę.
- W czasie morderstwa był w domu. Żona i gospodyni potwierdzają. Sir, z wizytą jest ich syn, ten profesor.
- Rozmawiałeś z nim?
- Nie. Powiedzieli, że odsypia lot ze Stanów.
- Black, zostańcie na posterunku, a ja jadę do nich.
XXX
- Czy państwa syn dołączy do nas? - spytał gospodarzy nadinspektor Wilson, gdy usiedli w salonie.
- Jeśli pan uprzejmy, nadinspektorze. - w głosie pani Cowell było słychać troskę o jedynaka. - Syn przyjechał ze Stanów przedwczoraj wieczorem, a właściwie w nocy. Jeszcze śpi. Syn jest profesorem. - dodała z dumą bez związku.
- Jestem tu w sprawie morderstwa. Proszę zawołać syna. - nadinspektor był stanowczy.
- Ale ... - pani Cowell nie ustępowała.
- Kochanie, daj spokój. Idź po Toma.
Kobieta niechętnie wstała i wyszła z salonu.
- Ma pan broń? - spytał nadinspektor spoglądając na trofea myśliwskie na ścianie nad kominkiem.
- Patrzy pan na te łby. Nie, nie mam broni. Nigdy nie miałem. To moja żona zajęła się wystrojem wnętrz. Zostawiłem jej wolną rękę. Mnóstwo pieniędzy na to wydała. Powiedziała, że tak jest w rodowych siedzibach, więc u nas też tak będzie. A mój ojciec prowadził pub w Mallet, a ojciec żony był kolejarzem. - Mike Cowell ściszył głos, gdy do salonu weszła żona z synem.
- Witam, nadinspektorze. - powiedział Tom Cowell na widok kolegi ze szkoły i dodał poufale. - Cześć stary. - mężczyźni podali sobie dłonie na powitanie.
- Gdzie państwo byli wczoraj rano? - spytał nadinspektor.
- W domu, tutaj. - odpowiedzieli prawie równocześnie.
- Przed domem spotkałem państwa ogrodnika, Howarda. Poprosiłem, żeby od razu sprawdził, czy żadnego z narzędzi nie brakuje. Przyznał w końcu, że brakuje siekiery. Taką siekierą zamordowano Ryana Greena.
- Och! - krzyknęła pani Cowell. - A kto to jest Ryan Green?
- Pan coś sugeruje, nadinspektorze? - spytał Mike Cowell.
- Pana nazwisko jest w spisie jego dłużników.
Mike Cowell z trudem wstał z fotela, podszedł do barku i nalał sobie koniaku, który wypił duszkiem.
- Panie nadinspektorze, owszem pożyczyłem od tego ... od tego ... - mężczyzna spojrzał na żonę. - Od Greena trochę pieniędzy ...
- Sześćset tysięcy. - powiedział nadinspektor.
- Och! - znowu krzyknęła pani Cowell i zakryła dłonią usta.
- Ale chyba nie sugeruje pan, że zabiłem tego ... Greena? Ja nie od wczoraj prowadzę interesy i nie w takich tarapatach już byłem, wygrzebałbym się. Jak zawsze. - dodał.
- Tom, a co ty masz do powiedzenia? - spytał nadinspektor.
- Nie przyjechałem tu na wakacje, ale w związku z problemami ojca. Rozmawialiśmy o tym przez telefon, uznałem, że sytuacja zrobiła się poważna. Ale z całą pewnością nie zamordowałem nikogo. Mieliśmy ponegocjować z Greenem, z tym, że umówiliśmy się z nim dopiero na jutro.
- Ten ogrodnik, dawno u państwa pracuje? - spytał po chwili namysłu nadinspektor.
- Tak, przyszedł zaraz po szkole. Mieszka na naszej posesji w tak zwanym domku ogrodnika. Nie ma rodziny, więc właściwie chyba nas tak traktuje. - powiedział Mike Cowell.
- Czy znał pana sytuację finansową? - spytał nadinspektor.
- No chyba nie myśli pan, nadinspektorze, że mój mąż konsultuje się z ogrodnikiem w sprawie kontraktów wartych miliony funtów? - odezwała się nagle pani Cowell.
- Pytam tylko, czy mógł znać pana sytuację finansową.
- Nie tylko mógł, ale w jakiejś części na pewno znał. Mam do niego pełne zaufanie. Zdarzało się, że omawiałem swoje sprawy w jego obecności, na przykład przez telefon w ogrodzie, albo w gabinecie przy otwartym oknie. Zawsze był bardzo dyskretny. Co panu przyszło do głowy, nadinspektorze?
- Że jest państwu bardzo oddany i zrobi wszystko, żeby państwa chronić.
XXX
- Witamy White, po urlopie. Robota czeka. - nadinspektor przywitał posterunkowego.
- Sir, a już wiadomo, czyj to szkielet w ogrodzie Greenów?
- Tak, to syn Ryana Greena.
- Jak zginął?
- Od uderzenia w głowę.
- Ojciec go załatwił? Pokłócili się? - spytał podekscytowany White.
- Wdowa Rosie Green powiedziała, że to ona pokłóciła się z mężem. Popchnęła go, a on się przewrócił i uderzył głową o kant stołu. Zakopała go w nocy w ogrodzie i wymyśliła tę bajeczkę o Alasce.
- Wierzy jej pan, Sir?
- Patolog mówi, że to możliwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz