wtorek, 15 lipca 2014

2. Doktor

- Peter, a pamiętasz jak chemik o mało całego Lichtown nie wysadził w powietrze? - Peter i Lucy zaśmiewali się, wspominając szkołę.
- Przepraszam - powiedział Peter, gdy zadzwoniła jego komórka.
- Co tam, White? - w głosie Petera było słychać irytację.
- Sir, mamy zwłoki. Ja już jestem na miejscu - powiedział przejęty posterunkowy.
- Czyje?
- Co, czyje?
- White! Zwłoki czyje?
- Aaaa! Jasne. Doktora Smitha. Widzi mi się, zastrzelony.
- White, jesteś w jego gabinecie?
- Tak.
- White, tylko niczego nie dotykaj!
- Przecież wiem. Nadinspektor się nie boi.
Trzymając komórkę przy uchu, Peter kiwnął do Lucy głową na pożegnanie, wziął torbę z lekarstwami i wyszedł z apteki.
 - White, kto zgłosił?
- Amy, jego pielęgniarka.
- Co to za hałas?
- Amy cały czas płacze. No, nie płacz, głupia.
- Dzwoniłeś po chłopaków z Pleading?
- Tak, ale będą dopiero za godzinę. Kończą robotę przy swoim trupie, Sir.

                                                 XXX

Nadinspektor Peter Wilson obejrzał zwłoki i zawołał White'a.
- Posterunkowy, co widzicie?
- Dziurę ... - White spojrzał na nadinspektora, oczekując aprobaty. - W klatce piersiowej denata - dodał pewniej.
- Jest krew? - niezniechęcony pierwszą odpowiedzią White'a, nadinspektor zadał mu następne pytanie.
- Nie, krwi nie ma - stwierdził White, a po chwili spytał. - Czy to nie dziwne, Sir?
- Tak. Trzeba to wyjaśnić. White, idźcie z powrotem do pielęgniarki. Niech już nie płacze.
- A mogę tutaj czekać na ekipę, Sir? Już nie mogę słuchać tego jej beczenia.

                                                 XXX

- Właśnie rozmawiałem z tą pielęgniarką. Mówi, że był pan tu dzisiaj rano - zaczął nadinspektor Richard Idle, dowodzący ekipą techników.
- Tak, jestem przeziębiony - odpowiedział nadinspektor Peter Wilson i zakaszlał.
- Ona mówi, że po pana wizycie, doktor nie miał już pacjentów.
- Co pan sugeruje?
- Jest pan podejrzany, oczywiście.
- Nadinspektorze, pan żartuje?
- Bynajmniej.
- W takim razie mnie najbardziej zależy na tym, żeby znaleźć mordercę.
- Ależ, nadinspektorze Wilson, nie może pan wziąć udziału w śledztwie, jest pan podejrzany!
- Nadinspektorze Idle, niech mnie pan w ... nie rozśmiesza. Jestem przeziębiony i tylko dlatego dziś rano się tu znalazłem. A teraz muszę zawiadomić wdowę, idzie pan ze mną?
- W najlepszym razie, to pan idzie ze mną.

                                               XXX

Mary Smith znała Petera od kiedy był dzieckiem, więc ucałowała go serdecznie na powitanie. Peter przedstawił jej nadinspektora Idle'a i przeszli do salonu.
- Peter, niepokoi mnie ta wizyta - powiedziała gospodyni.
- Mary, usiądź proszę. Niestety mamy dla ciebie złe wiadomości.
- Chodzi o George'a, tak? Zawsze się o niego martwię. Los matki, co zrobić.
- Nie, nie - Peter zaprzeczył gwałtownie. - Przyszliśmy, bo widzisz, chodzi o doktora ... obawiam się, że on ... nie żyje.
Peterowi wydawało się, że na twarzy Mary zobaczył wyraz ulgi.
- Mary, czy może coś ci podać? Wody? Jakieś lekarstwo?
- Nie, dziękuję.
- To może po kogoś zadzwonić?
- Nie trzeba, chcę zostać sama.
- Mary, dziś nie będziemy zadawać ci żadnych pytań - Peter spojrzał wymownie na nadinspektora Idle'a, który już otwierał usta, żeby coś powiedzieć. - Przyjdziemy jutro. Musimy spytać cię o kilka spraw. Nigdzie nie wyjeżdżaj. A twój syn? Jest teraz w Lichtown?
- Nie, o ile wiem jest w Londynie.

                                                  XXX

Wieczorem nadinspektor Idle został wezwany służbowo do Pleading, ale nawet nie myślał wyjeżdżać z Lichtown.
- Nadinspektorze Wilson, nie może być tak, że będzie pan prowadził śledztwo w sprawie, w której jest pan podejrzany. To niepojęte!
- To może zadzwoni pan do szefa - zaproponował z kamienną twarzą Peter Wilson.
- I właśnie to zrobię - Richard Idle wybrał numer w komórce. - Sir, tu nadinspektor Richard Idle. Melduję, że nadinspektor Peter Wilson jest podejrzany i nie może ...! Zna pan sprawę? ... Tak, oczywiście ... Nie widzi pan przeszkód ... Tak jest ... Będę za godzinę. Do widzenia.
- Pożegnam się nadinspektorze Wilson - powiedział chłodno Idle i podszedł do drzwi.
- Nadinspektorze Idle - Peter Wilson wskazał wieszak w rogu gabinetu. - Pana kapelusz.

Peter został w gabinecie i zastanawiał się jakie podjąć działania. Postanowił, że w ramach zbierania informacji najpierw zadzwoni do mamy.
- Mamo, przykro mi to mówić, doktor Smith nie żyje.
- Och! U kogo będziemy się teraz leczyć. Trzeba będzie jeździć z ojcem do Mallet, albo i do Pleading. Taki dobry lekarz - pani Wilson zamilkła.
- Mamo?
- Chyba mogę ci teraz powiedzieć, biorąc pod uwagę okoliczności? Smith był świetnym lekarzem, ale prywatnie to już zupełnie co innego. Mary zwierzała mi się czasem. Doktor był o nią chorobliwie zadrosny. Zdarzało mu się przejść do rękoczynów. A nie było powodu. Peter, przecież Lichtown to małe miasteczko, tu wszyscy o sobie wszystko wiedzą. ... Pokazywała mi siniaki.
- Zgłaszała to na policję? Zresztą, sam mogę sprawdzić.
- Nie - pani Wilson zaprzeczyła. - Niczego nie znajdziesz. Nie chciała iść z tym na policję, wstydziła się.
- Mamo, a co z ich synem? Jak mu tam ... Georgem.
- Wyjechał z Lichtown niedługo po tobie, też do Londynu. Wszyscy w miasteczku wiedzą, że wdał się w narkotyki i kradzieże. Czasem przyjeżdżał. Mary wygadała się kiedyś, że im z domu jakąś bardzo cenną rzecz wyniósł i sprzedał, i że to nie był pierwszy raz. Peter, o której wrócisz? Zrobiłam zapiekankę pasterską.

                                                  XXX

- White, sprawdźcie, co syn doktora Smitha uzbierał w naszej kartotece, z mandatami za nieprawidłowe parkowanie włącznie.
Posterunkowy wrócił po godzinie:
- Sir, melduję, że George Smith, lat 39, syn Paula Smitha został przed miesiącem osadzony. Recydywa. A tych mandatów, to musiałbym jeszcze poszukać.
- Dzięki, White, wystarczy. Może, to miała na myśli Mary Smith mówiąc, że jej syn jest w Londynie? A może nawet nie wie? W każdym razie, White, odpada nam jeden podejrzany.
- Tak jest!

                                                  XXX

Następnego dnia Peter poszedł do Mary Smith. Nie robiła na nim wrażenia zbolałej wdowy.
- Wejdź, Peter. Napijesz się herbaty? Chodź do kuchni, proszę.
Gdy usiedli przy stole, Mary bez wstępów powiedziała:
- Peter, nie zabiłam go, nawet nie umiem strzelać. Ale cieszę się, że nie żyje. Wiesz, że mnie bił? Zarzucał mi, że go zdradzałam, a było dokładnie odwrotnie - z ust pani Smith wyrwało się przekleństwo, a zaraz potem łagodnie spytała. - Z mlekiem i cukrem?
Peter przytaknął.
- Mam tylko nadzieję - powiedziała po chwili - że nie zmienił testamentu i nie zapisał wszystkiego tej lafiryndzie Amy Wonder...
- Czy ... ?
- Tak, tak. I nie była pierwsza.
- Mary, gdzie byłaś wczoraj między 10.00 a 13.00?
- Razem z kilkoma paniami byłam u twojej mamy. Jesteśmy w Komitecie Opieki nad Zaniedbywanymi Dziećmi z Lichtown?
- Macie z tym dużo roboty? - spytał z uprzejmości Peter.
- Zdziwiłbyś się. Bardzo.

                                                   XXX

- Zamieniam się w słuch, nadinspektorze Idle - Peter przewrócił oczami, gdy usłyszał, kto dzwoni. - Tak, zajmujemy się tą sprawą we dwóch z posterunkowym Whitem ... Pamięta pan przecież, posterunkowy Black jest od tygodnia na szkoleniu … Czekamy na ekipę, ale o tym pan przecież wie … Proszę się nie fatygować. Świetnie tu sobie radzimy z posterunkowym ... Tak, będę pana informować na bieżąco. Do usłyszenia jutro.

                                                  XXX

Peter Wilson nadzorował przeszukanie gabinetu doktora Smitha.
- I co, mamy już coś ciekawego? - spytał techników.
- Nic. Stare karty pacjentów. Nowe pewnie już tylko w komputerze. Kompa zabieramy ze sobą. Trochę specjalistycznej literatury. Kilka zaproszeń na szkolenia i sympozja. Sprzęt medyczny.
- To róbcie sejf, panowie - powiedział Peter i usiadł na krześle dla pacjentów.
- A, co? Nie mamy szyfru? - najmłodszy technik zatarł ręce z zadowolenia i podszedł do sejfu. - Kocham tę robotę. Otworzę ten zabytek w parę minut - powiedział z butą w głosie.
- No to pokaż, co potrafisz, młody.
Kilka minut później zajrzeli do sejfu. Zawartość ich zaskoczyła.
- O, cholera! Po lekarskim sejfie to spodziewałbym się jakichś dragów. A tu duża kaska równo w paczuszki ułożona. Uuu! Masz się, Peter, nad czym zastanawiać. O! Jeszcze jakiś notatnik jest. Chłopie, teraz to już na pewno nie pośpisz. Panowie liczymy forsę i zbieramy się. Mamy dzisiaj jeszcze robotę w Cleaver.

                                                XXX

Peter zapalał papierosa, gdy zadzwonił telefon.
- A, szefie, witam. ... Ślęczę nad tym notatnikiem. ... Jest tu bardzo dużo zapisów, prawie pod każdą literą, widać, że jest prowadzony od bardzo dawna, jeśli wierzyć datom, to od 20 lat. Wszystko tym samym charakterem pisma. Zawodowy szantażysta. Najbardziej zainteresowały mnie zapiski pod A, bo to ostatnie pół roku. Jest dość wyraźnie napisane Archer i Mark Porter, dwie nazwy po łacinie a potem 6 dat, raz w miesiącu. 3.000 funtów pod każdą datą. Ostatnia data to dzień śmierci doktora Smitha, ale jeszcze bez kwoty. Pójdę tym tropem. Niestety, nic nie mówią mi te nazwiska, a panu? ... No właśnie ... Spytam White'a, może zna tych ludzi. ...  Dzięki szefie. Do usłyszenia.
Peter przechylił się na krześle w kierunku drzwi i krzyknął:
- Posterunkowy White!
- Jestem - White dojadł kanapkę. - Chce pan drugie pół. Żonka robiła. Pycha.
- Nie, dziękuję. Co wam mówi nazwisko Porter, Mark Porter?
- Znałem jednego Marka Portera. Kolega z Mallet, ale zmarło się chłopu może z pół roku temu.
- Na co?
- Tak dokładnie to nie wiem, ale dosyć szybko się zawinął. Doktor Archer robiła, co mogła.
- Jaka doktor?!
- Margaret Archer. Ma gabinet w Mallet. Moja kobita i jej koleżanki to specjalnie do niej jeżdżą, że taka dobra. Eeee, mnie do lekarza nikt nie zaciągnie.
- Ustalcie mi adres tej Archer.
- Sir, niczego nie trza ustalać, ja adres znam.

                                                 XXX
  
Około 19.00 Peter wrzucił niedopałek do pełnej już popielniczki i wybrał w komórce numer do znajomego patologa.
- Doktorze Goodman, tu Peter Wilson. Prowadzę śledztwo. W sumie nie musiałbym akurat pana niepokoić, ale wiem, że pan też jest zawsze długo w robocie. 
- Miło mi pana słyszeć, nadinspektorze. Ale nie tęsknimy tu za panem - doktor Goodman zaśmiał się przyjaźnie. - Od pana, zawsze najwięcej roboty było. To co tam, młody człowieku?
- Doktorze, mam tu dwie łacińskie nazwy, proszę mi powiedzieć, co to jest. Tylko tak po ludzku, nie tą swoją grypserą.
Peter zaryzykował czytanie po łacinie.
- Prosta sprawa! To pierwsze to nazwa choroby. Nieleczona kończy się śmiercią, zresztą w dość krótkim czasie. Przy prawidłowym leczeniu oraz, co ważniejsze przy szybkiej diagnozie, pacjent ma bardzo duże szanse na kolejne, powiedzmy, 5 lat życia. Chce pan więcej szczegółów o chorobie?
- Boże broń, dziękuję. A to drugie?
- To drugie to lek na to pierwsze. Bardzo dobry, ale jeszcze raz podkreślam trzeba działać szybko.
- Czy wiedza o tym leku i chorobie jest powszechna wśród lekarzy?
Peter zasłonił słuchawkę i zakaszlał.
- Każdy dzieciak po studiach medycznych to wie. A na ten kaszel bierze pan już coś?
- Coś tam mam.
- Jak pan ma, to bardzo dobrze. To jeszcze tylko zażywać trzeba. Nadinspektorze, moi pacjenci się niecierpliwią. Jednego właśnie rozkroiłem. Pozdrawiam.

                                                   XXX

Następnego dnia rano Peter Wilson stanął przed eleganckimi drzwiami. Na tabliczce było napisane: Margaret Archer lekarz rodzinny. Otworzył drzwi i wszedł do sterylnej poczekalni, przedstawił się recepcjonistce i poprosił o rozmowę z panią doktor. Po chwili był w gabinecie.
- Wie pani, że doktor Smith nie żyje?
- Tak, słyszałam. Ogromna strata, wspaniały fachowiec ...
- Znali się państwo?
- Oczywiście. 
- Gdzie się państwo spotykali?
- Na szkoleniach.
- A w swoich gabinetach?
- Incydentalnie. Raz czy dwa poprosiłam doktora Smitha o konsultację trudniejszego przypadku. Szanowałam go za wiedzę i kompetencje - chłodno odpowiedziała Margaret Archer.
- Czy konsultowała pani przypadek niejakiego Marka Portera?
Margaret Archer zawahała sie przez chwilę, zanim odpowiedziała.
- Nie.
- Ale to był pani pacjent?
- Tak.
- Czy mogę prosić o jego dokumentację medyczną?
- Czy muszę ...?
- Nie, na razie pani nie musi.
Margaret Archer wcisnęła przycisk interkomu i powiedziała:
- Ellen, wydrukuj proszę wszystko, co mamy w karcie Marka Portera. Pan nadinspektor odbierze to od ciebie, wychodząc - doktor Archer mocno zaakcentowała ostatnie słowo.
Peter udał, że tego nie usłyszał i zadał jeszcze jedno pytanie:
- Kto, pani zdaniem, miałby powody, żeby zabić doktora Smitha?
- Dlaczego pyta pan akurat mnie?
- Proszę o odpowiedź.
- Nie wiem.
- Jeżeli przypomni się pani coś istotnego, proszę o kontakt.
- Tak, oczywiście. 
Gdy tylko drzwi do gabinetu się zamknęły, Margaret Archer wyrzuciła wizytówkę nadinspektora do kosza.

                                                  XXX

W drodze powrotnej, Peter Wilson zadzwonił do kolegi ze Scotland Yardu z prośbą o przysługę. 
- Stary, sprawdź mi jedną lekarkę ... Margaret Archer. ... Tak, wiem, że to może potrwać parę dni.

                                                 XXX

Peter wrócił na posterunek i właśnie zdejmował kurtkę, gdy do jego gabinetu wszedł posterunkowy White.
- Sir, przysłali wyniki sekcji. Czytać?
Peter kiwnął głową.
- Paul Smith zmarł między 12.00 a 12.30. Przyczyną śmierci było przedawkowanie środka nasennego. Ale, Sir! Co oni tu wypisują! - White uderzył dłonią w czoło. - Przecież on miał dziurę, że palec by włożył.
- White, zobaczcie, co napisali dalej.
- A, rzeczywiście jest, ... strzał oddano z bliskiej odległości, gdy ofiara ... nie żyła. Sir, jak to? Doktor Smith wtedy nie żył?! Nic nie rozumiem. 
- Dziękuję, White. Później wam wyjaśnię. Teraz muszę porozmawiać z tą płaczliwą Amy.

                                                 XXX

- Amy, proszę powiedzieć, co pani robiła w dzień śmierci doktora Smitha. Niech pani zacznie od momentu przyjścia do pracy - poprosił nadinspektor Peter Wilson.
Amy miała łzy w oczach.
- Więc jak tylko przyszłam, to włączyłam komputer. Dopiero potem zdjęłam kurtkę, zawsze tak robię. Potem przygotowałam dla doktora karty umówionych pacjentów. W komputerze oczywiście, to jest nowoczesny gabinet ... był. Potem to już przyszła pani Carpenter. Była przed czasem, usiadła w poczekalni i czytała magazyny z zeszłego miesiąca. Potem przyszli następni pacjenci. Od 10.00 do 10.30 jak zawsze była przerwa na kawę. Zaparzyłam dla siebie i doktora.
Peterowi przypomniało się, że w czasie jego wizyty, doktor robił wrażenie bardzo zmęczonego a może raczej śpiącego.
- Jaką kawę doktor wypił?
Amy wyglądała na zaskoczoną tym pytaniem.
- Normalną. A jaką?
- Amy, co to znaczy normalną?
- Taką jak zawsze. Bardzo mocną, czarną, bez cukru. W swoim ulubionym kubku - dodała. - Po przerwie znowu byli pacjenci. Ani chwili spokoju. Pan nadinspektor był ostatni. A potem to już była przerwa na lunch.
- Wychodziła pani?
- Tak.
- A doktor?
- On został.
- Wiedział, że pani wyszła?
- Tak, powiedziałam mu. Nakrzyczał na mnie kiedyś, jak nie powiedziałam.
- Proszę opowiedzieć szczegółowo, co się działo od momentu, gdy weszła pani do przychodni po przerwie na lunch.
- Wróciłam trochę wcześniej, przez tych pacjentów, co ich tylu. Chciałam podgonić z robotą. Już miałam zapukać w drzwi do gabinetu doktora, gdy usłyszałam okropny huk. Przeraziłam się, jak nie wiem co. Schowałam się pod swoim biurkiem. To było straszne.
- Wiem, Amy, niech pani nie płacze. 
Peter zaczekał, aż kobieta się uspokoi i zadał następne pytanie.
- Ile czasu minęło, zanim zadzwoniła pani na policję?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem.
- Zostawmy to. Jak dobrze, pani zdaniem, znali się doktor Smith i doktor Archer?
Amy zaczęła się wiercić na krześle.
- No, ... 
- Czy doktor Archer przychodziła do gabinetu doktora Smitha? Może łączyłaś ich rozmowy telefoniczne?
- Łączyć, to nigdy nie łączyłam, ale ... w każdy pierwszy czwartek miesiąca ona przychodziła do gabinetu. Nie wiem, czy to ważne, ale nigdy nie wchodziła normalnie drzwiami. Zawsze przez taras.
- Przychodziła w porze lunchu?
- Nie, nie. Trochę po 10.00, w czasie tej przerwy, co to już mówiłam. Jak zanosiłam doktorowi kawę, to on potem od razu zamykał drzwi do gabinetu na klucz.
- Czy wiesz o czym rozmawiali?
- Ja nie podsłuchuję - powiedziała z oburzeniem Amy.
- Dzień jego śmierci to był pierwszy czwartek miesiąca. Czy doktor Archer przyszła jak zawsze?
- Nie widziałam jej.

                                                   XXX

W pokoju przesłuchań siedzieli nadinspektor Peter Wilson, Margaret Archer oraz jej adwokat.
Nadinspektor od razu przeszedł do rzeczy. 
- Doktor Archer, mamy broń, z której strzelano do doktora Smitha. Jeden z miejscowych znalazł przy drodze. 
- Jaki to ma związek z moją klientką? - adwokat robił wrażenie pewnego siebie.
- Na pistolecie są odciski palców doktor Archer. Przyzna pan, panie mecenasie, że to dość ścisły związek.
- Skąd wiecie, że to odciski palców doktor Archer? Moja klientka nie była notowana.
- A jednak. Udział w studenckiej manifestacji. Pani doktor powie później panu mecenasowi, jak się robi koktajle Mołotowa.
- Margaret! Na litość boską! Co mówiłem? Żadnych tajemnic przed swoim prawnikiem!
- To już sobie państwo kiedy indziej omówicie. W każdym razie, to pani strzeliła do doktora Smitha. Poza tym, i tu być może, pan mecenas znowu będzie zaskoczony, Margaret Archer nie jest lekarzem.
- Nie wierzę! To jakaś pomyłka?! - mecenas spojrzał błagalnie na Petera. - Kobieto, przecież ty leczysz moje dzieci! Boże, już nic mnie nie zaskoczy! Jak ci się to udało przez tyle lat?! Pozwę cię! Zniszczę!!! - mecenas z trudem wyjął papierosa z paczki.
Peter podał mu ogień.
- Na podstawie dokumentacji medycznej doktora Smitha i wydruków od pani, ustaliliśmy, że do gabinetu Smitha trafił jeden z pani pacjentów, niejaki Mark Porter. Zależało mu na drugiej opinii lekarskiej. Niestety Smith nie zdążył mu już pomóc. Popełniła pani błąd w, nazwijmy to, leczeniu. Smith nie doniósł na panią, ale zaczął drążyć temat i dowiedział się, że niejaka Margaret Archer przerwała studia po drugim roku. Szantażował panią. Mamy dowód, jego notatnik z datami, kwotami i pani nazwiskiem. Skrupulatny jak księgowy.
Margaret Archer spojrzała na mecenasa.
- Czy pan mecenas, zgodnie z umową, będzie uprzejmy brać udział w tym przesłuchaniu i wyjaśni mi jaka jest moja sytuacja.
- Nie do pozazdroszczenia - odpowiedział mecenas, i już szeptem przekazał Margaret Archer informację, o którą prosiła.
- Smith to była kanalia, jakich mało - powiedziała po chwili Margaret Archer. - Bez skrupułów brał ode mnie forsę. Miesiąc w miesiąc. ... To było marzenie moich rodziców, żebym została lekarzem.  Dostałam się na studia i na początku nieźle mi szło, tylko potem ... . Nie chciałam ich zawieść.
- Proszę opowiedzieć po kolei, co pani robiła w dniu śmierci doktora Smitha.
- Kazał mi przychodzić do swojego gabinetu, w każdy pierwszy czwartek miesiąca między 10.00 a 10.30, czyli w czasie jego pierwszej przerwy, ale w ten czwartek miałam więcej pacjentów. Wyszłam z gabinetu później, a po drodze musiałam jeszcze wstąpić do banku po gotówkę. Zrobiła się 11.00, więc pomyślałam, że pójdę do niego w czasie przerwy na lunch.
- Którędy pani weszła do gabinetu?
- Od strony tarasu. Jak zawsze. Kazał mi tak wchodzić, żeby mnie ta jego pielęgniarka nie widziała. Siedział w fotelu. Gdy podeszłam, zobaczyłam, że nie żyje. Ale upewniłam się jeszcze. Może i nie jestem lekarzem, ale mam praktykę i potrafię stwierdzić, że ktoś nie żyje.
- Zawsze miała pani broń przy sobie?
- Tak. Jak tylko Smith zaczął mnie szantażować, kupiłam sobie rewolwer i już zawsze nosiłam go w torebce. Czułam się bezpieczniej.
- To pistolet jest, proszę pani - sprostował Peter.
Margaret Archer wzruszyła ramionami.
- Ten re... pistolet kupiłam tylko tak na wszelki wypadek. Ale jak zobaczyłam, że ta kanalia już nie żyje, to ... proszę zrozumieć, nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności.
- Panie nadinspektorze, proszę tego nie protokołować. A ty kobieto, nic już nie mów!
- Mecenasie, proszę mnie nie uciszać! A już na pewno nie tym tonem. Nadinspektorze, nie przyszłam zabić doktora Smitha. Miałam przy sobie pieniądze, całą kwotę, jak zawsze.

                                                 XXX

- Amy, mamy ustalenie z sekcji, że w dniu śmierci doktor zażył środki nasenne. Były w kawie, którą pani dla niego przygotowała? - Peter Wilson bardziej stwierdził, niż spytał.
- Więc wiecie. Tak. Ja dodałam tego do kawy.
- Czy wiesz, jak zginął doktor?
- Oczywiście. Został zastrzelony.
- Obawiam się, że nie. Owszem, do doktora strzelono, ale on już wtedy nie żył. Zmarł z powodu przedawkowania środków nasennych.
- Ja tylko chciałam, żeby się nie ocknął za wcześnie - powiedziała Amy Wonder i rozpłakała się. Wycierając łzy, jeszcze bardziej rozmazała tusz do rzęs na policzkach.
- Mówił, że razem wyjedziemy z tego zapyziałego miasteczka, ale to było tylko takie gadanie, nie jestem naiwna. Czasem coś mi kupował. Ochłapy z pańskiego stołu. Wie pan, ja od dziecka pragnęłam lepszego życia. Kilka miesięcy temu podpatrzyłam, jak doktor Archer daje mu zwitek banknotów, i jak on je chowa do sejfu. Wiem, że ją szantażował, i kilka innych osób też, dlatego pomyślałam, że nie zgłosi na policję, jeżeli wezmę te pieniądze.

                                             XXX

- Lucy, tu Peter. Peter Wilson. … Poznałaś po głosie? To miło. Co byś powiedziała na lunch w Pleading w moim towarzystwie? Znam fajną knajpkę - Peter zaczął kaszleć. - Te lekarstwa od ciebie? W bagażniku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz