Przy najbliższym koszu na śmieci Peter zatrzymał się i dopalił papierosa. Wyjmował z paczki następnego, gdy usłyszał hałas w zaułku. Wsunął papierosa z powrotem do paczki. Do jego stóp głośno przyturlała się puszka po piwie, a nieopodal po stercie śmieci ostrożnie stąpał kot. Peter już chciał odejść, ale zmienił zdanie. Podszedł do kontenera na śmieci i ku swojemu zdumeniu zobaczył kobiecą dłoń. Była ciepła. Peter szybko odgarnął śmieci. Młoda kobieta już nie żyła. Rozejrzał się wokół. Za nim była ulica, tędy przyszedł. Przed nim wysokie mury bez okien, a jedyne drzwi prowadziły do biura przedsiębiorstwa budowlanego "The Lichtown Building Company".
XXX
Gdy tylko przyjechał posterunkowy Black, nadinspektor zostawił go przy zwłokach, a sam wszedł do budynku biurowego. Za drzwiami była wąska klatka schodowa prowadząca na piętro. Nadinspektor wszedł cicho po schodach.
- Słucham pana? Pan do kogo? - spytała pięćdziesięcioletnia kobieta, gdy zajrzał do pierwszego pomieszczenia.
- Nadinspektor Peter Wilson. Policja w Lichtown. Jak się pani nazywa?
- Nicole Jackson. - kobieta była zaniepokojona. - O co chodzi?
- Jest tu pani sama? - spytał nadinspektor.
- Jest jeszcze koleżanka. - kobieta spojrzała na zegar na ścianie. - Wyszła na chwilę na papierosa. Coś długo nie wraca. Może ja mogę pomóc?
- Przy wejściu do waszego biura znalazłem zwłoki młodej kobiety. Brunetka, czerwona bluzka, czarne spodnie.
- To na pewno ... Lizzy Marsden. Ale przecież ... ona tylko na chwilę ... na papierosa ... pan się myli.
- Proszę usiąść.
- Co? Tak. Usiądę. Jak to się stało? Samochód ją potrącił?
- Została zamordowana.
- Ale jest biały dzień. Co pan mówi? Tu są sklepy, ludzie chodzą. To niemożliwe.
- Od której biuro jest czynne?
- Od 9.00. Pan będzie uprzejmy podać moją torebkę. Leży tam, koło pana.
Peter spojrzał podejrzliwie na kobietę. Zauważyła to.
- Chcę tylko wziąć chusteczkę.
Peter podał torebkę i zadał następne pytanie.
- O której przyszła pani do pracy?
- Punkt 8.00. - kobieta wytarła nos.
- Dlaczego tak wcześnie?
- Zawsze tak przychodzę. Zanim ludzie zaczną się kręcić, dzwonić ... - machnęła ręką, jakby opędzała się od muchy.
- Co pani robiła od wyjścia z domu?
- Wyszłam o 7.50. Mieszkam niedaleko. Przyszłam pieszo, też jak zawsze. Otworzyłam drzwi. Weszłam ...
- Kto jeszcze ma klucz?
- Szef, ale on jest teraz służbowo w Chinach.
- Weszła pani na górę?
- Tak. Otworzyłam drzwi do biura. Drugi zestaw kluczy od tych drzwi też ma szef.
- Na pewno nikogo w biurze nie było?
- Nie. O 8.50 przyszła Lizzy. Zostawiła torebkę i powiedziała, że idzie na dół na papierosa. Tu w budynku nie ma palarni.
- Pani pali?
- Nie. - zdecydowanie odpowiedziała kobieta.
- Czy po przyjściu do pracy wychodziła pani przed budynek?
- Nie.
- Co pani robiła w czasie od 8.50 do momentu, gdy przyszedłem?
- Pracowałam.
- A dokładniej?
- Wystawiłam dwie faktury. Są w tej teczce, jeśli chce pan sprawdzić.
Nadinspektor wziął teczkę, przejrzał faktury i spytał:
- Czy data na fakturze jest wpisywana automatycznie przez system komputerowy?
- Nie, ja sama wpisuję tę datę.
- Więc równie dobrze mogła pani wystawić te faktury wczoraj albo tydzień temu?
- Tak, ale mówię panu - zniecierpliwiła się kobieta - że wystawiłam je dzisiaj.
XXX
Nadinspektor wyszedł przed budynek. Patolog, fotograf i jeszcze kilku członków ekipy z Pleading wykonywało swoje obowiązki. Nadinspektor podszedł do patologa.
Nadinspektor wyszedł przed budynek. Patolog, fotograf i jeszcze kilku członków ekipy z Pleading wykonywało swoje obowiązki. Nadinspektor podszedł do patologa.
- Cześć. I co?
- Oberwała pod żebro czymś cienkim i długim, może nóż kuchenny, ale obstawiałbym raczej nóż do papieru. Umarła od razu, na moje oko między 8.40 a powiedzmy 9.00. Więcej wymyślę nad stołem.
- Dzięki. Na razie. - nadinspektor Wilson pożegnał się i rozejrzał za posterunkowymi.
- Black, pozwólcie proszę.
- Sir?
- Znaliście tę Lizzy?
- Tak. Chodziliśmy razem do szkoły. - smutno odpowiedział posterunkowy.
- Spotykała się z kimś?
- Była zaręczona.
- Nie widziałem pierścionka. A narzeczony jak się nazywa?
- Roger Swift.
- Jego też znacie?
- Tyle o ile. Pochodzi z Mallet.
- Trzeba by z nim pogadać. Gdzie pracuje?
- W tej firmie. - Black wskazał palcem szyld firmy na budynku. - Jest kierownikiem budowy.
- Wiecie, gdzie teraz jest?
- Robią coś w Mallet, zaraz przy wjeździe od strony Lichtown.
- Jedziemy tam. - nadinspektor rozejrzał się i krzyknął:
- White! Wracajcie sami na posterunek.
- Wiadomo. Mnie nigdy nie zabiera. - burknął pod nosem White.
- Coś mówiliście? - spytał nadinspektor.
- Nie, nic. Chrypkę mam, Sir.
XXX
W drodze na budowę nadinspektor spytał:
- Co jeszcze wiecie o tej Lizzy i jej narzeczonym?
- Ślub miał być w grudniu. Miałem od Lizzy obiecane zaproszenie. - westchnął Black. - Sir, już zawiadomiłem matkę Lizzy o jej śmierci. Dobrze zrobiłem?
- Dobrze. Gdzie ta budowa? - spytał nadinspektor, rozglądając się.
- Pan jedzie, Sir. Jeszcze dobra mila. Ja pokażę. A matka zrozpaczona, bo to jej jedynaczka ukochana była.
- Od dawna pracowała w tym przedsiębiorstwie?
- Poszła tam zaraz po szkole, czyli w tym roku w czerwcu minęło 8 lat. Właścicielem jest brat jej matki. Stara solidna firma. Mają dobrą opinię. Jak pan by chciał jakiś remont robić, Sir to polecam.
- Dziękuję, na razie nie planuję. - powiedział Peter, przypominając sobie tynk odpadający w łazience.
- Czym Lizzy się zajmowała?
- Prowadziła sekretariat. Niedawno spotkałem ją na mieście. Gadka-szmatka. Narzekała, że sezon urlopowy, że ma dużo roboty, bo swoje robi i jeszcze księgową zastępuje, a jak księgowa wróci, to będzie musiała przejąć robotę za dziewczynę od zdobywania zleceń. O, przepraszam, Sir. Takie bzdety panu opowiadam. A tego, co ją zabił, to bym gołymi rękami, Sir. - posterunkowy odwrócił głowę, broda mu lekko drżała.
XXX
- Szukamy Rogera Swifta! - krzyknął nadinspektor Wilson do jedynego robotnika w zasięgu wzroku.
- A kto pyta? Policja? Co? Zgadłem? - robotnik przechylił się przez rusztowanie.
- Swift jest, czy nie?! - zniecierpliwił się nadinspektor.
- Co pan taki nerwowy? Powinien być lada moment. Pojechał do Pleading coś załatwić. O! Już wjeżdża na podwórko. Się pan odwróci.
Nadinspektor i posterunkowy Black obejrzeli się za siebie. Niedaleko zatrzymał się zabłocony samochód i wysiadł z niego wysoki trzydziestolatek.
- Panowie do kogo?! - krzyknął. - Tu bez kasków nie wolno!
- Roger Swift? - spytał nadinspektor, a posterunkowy Black potwierdził szeptem.
- Sir, to on.
- Tak. O co chodzi? - spytał niegrzecznie Roger Swift.
- Nadinspektor Wilson i posterunkowy Black. Gdzie możemy spokojnie porozmawiać?
- Przejdźmy do biura. - Roger Swift wskazał drogę.
- Słucham panów. - powiedział, gdy usiedli w niedużym pomieszczeniu.
- Już pan wie, że Elizabeth Marsden nie żyje? - nadinspektor uważnie przyglądał się mężczyźnie.
- Całe Lichtown wie. - w głosie Rogera Swifta słychać było smutek. - Cały czas nie mogę w to uwierzyć.
- Czy był pan z nią zaręczony?
- Tak. ... Nie. ... Nie wiem. - odpowiedział Roger Swift.
Nadinspektor i posterunkowy spojrzeli na siebie zdziwieni.
- To nie jest trudne pytanie, panie Swift. - powiedział nadinspektor.
- Byliśmy zaręczeni. Wyznaczyliśmy datę ślubu na grudzień, więc niby tak. Ale dzień przed swoją śmiercią, Lizzy zadzwoniła do mnie. Powiedziała, że nie ma odwagi mi tego powiedzieć w oczy, więc powie mi przez telefon. Jak to usłyszałem, to już wiedziałem czego się spodziewać. Że odchodzi i ślubu nie będzie. Aż tak bardzo się nie zmartwiłem, też miałem swoje wątpliwości. Ja jestem młody, nie ta, to inna. Chciałem tylko odzyskać pierścionek. Był cholernie drogi. Zresztą Lizzy zachowała się w porządku, sama zaproponowała, że mi go zwróci. Umówiliśmy się, że wpadnę do biura następnego dnia. Ale jak wpadłem, to się okazało, że już nie żyje. To znaczy, wtedy jeszcze nie wiedziałem. Przejeżdżałem tamtędy, chciałem zaparkować przecznicę dalej, ale jak zobaczyłem, że coś się dzieje, to uznałem, że z pierścionkiem mogę jeszcze zaczekać. Chciałem przyjechać następnego dnia.
- O której to było?
- Koło 10.00, parę minut po. Akurat nadawali wiadomości w radio. Widziałem pana, nadinspektorze, posterunkowego i jeszcze paru policjantów.
- Gdzie pan był między 8.00 a 9.00?
- Na budowie. Rozdzielałem robotę chłopakom.
- Od kogo dowiedział się pan o śmierci Lizzy?
- Od jej mamy. Wygląda, że Lizzy jej nie powiedziała, że ze mną zerwała.
- Czy Lizzy miała kogoś innego?
- Spytałem ją. Powiedziała, że nie. Nie mam powodów wątpić. Nigdy nie dała mi powodów do zazdrości.
Gdy wyszli z biura posterunkowy spytał nadinspektora:
- Sir, też pan myśli, że to on?
Gdy wyszli z biura posterunkowy spytał nadinspektora:
- Sir, też pan myśli, że to on?
XXX
- Panie nadinspektorze, jak to zginął? Przecież wy mi już oddaliście ten pierścionek. - powiedziała przez łzy matka Elizabeth Marsden. - Posterunkowy White przyniósł wszystkie rzeczy mojej Lizzy. Nawet mnie zdziwiło, bo powiedział, że pierścionek był w jej torebce, a nie na palcu. W każdym razie, teraz czekam, aż Roger przyjdzie go odebrać. Chyba się chłopak krępuje. Aha! W rzeczach Lizzy znalazłam jakieś firmowe papierzyska. Może chcecie przejrzeć. Mnie do niczego one niepotrzebne.
XXX
- Sir, przyszedł mail z Yardu. - w drzwiach do gabinetu nadinspektora Wilsona stanął posterunkowy White i wymachiwał kartką. - Potwierdza się, Sir. Ta dziewczyna od zleceń, co jest teraz na urlopie, pojechała z rodziną na Majorkę. Tamtejsza policja sprawdziła. Podobno popłakała się, gdy jej powiedzieli, że Lizzy nie żyje. Ciekawe po jakiemu jej to powiedzieli? Ale jak płakała, to chyba zrozumiała, no nie?
- A właściciel firmy?
- Właściciel jest w Chinach, negocjuje ceny łupka dachowego. Też już sprawdzony. Pan mnie nie pyta, po jakiemu z nim gadali.
- Dzięki. Jeszcze jedno. Rozmawiałem przed chwilą z matką Lizzy. Dopiero od niej dowiedziałem się, że odebrała już rzeczy córki.
- No, jak inaczej? Sam zanosiłem.
- White, bądźcie uprzejmi w przyszłości uzgadniać ze mną takie sprawy. - powiedział stanowczo nadinspektor.
- No dobra. Nie myślałem, że trzeba.
- Trzeba, posterunkowy. Trzeba.
- No, jak inaczej? Sam zanosiłem.
- White, bądźcie uprzejmi w przyszłości uzgadniać ze mną takie sprawy. - powiedział stanowczo nadinspektor.
- No dobra. Nie myślałem, że trzeba.
- Trzeba, posterunkowy. Trzeba.
Posterunkowy White odwrócił się, żeby wyjść, ale nadinspektor zatrzymał go jeszcze.
- Zaczekajcie, White. Znacie tego włóczęgę, który kręci się po Lichtown?
- No pewnie. - odparł posterunkowy.
- Wiecie o nim coś więcej?
- Sir, myśli pan, że to on zabił biedną Lizzy?
- To ja was o coś pytam, White. - powiedział zniecierpliwiony nadinspektor.
- Tak jest, Sir. - posterunkowy wygładził na sobie mundur. - Melduję Sir, że to David Collins. Parę razy były skargi na niego, że śmieci rozwala. Chyba trochę zdziczał, ale w sumie nieszkodliwy.
- Skąd się wziął w Lichtown?
- Tutejszy. Wyjechał stąd do Londynu wieki temu. Podobno był prezesem jakiejś firmy, ale jak splajtowała to wrócił do Lichtown. Dom po rodzicach zlicytowali za długi. O, to tak jak pan, Sir. ... To znaczy wyjechał do Londynu za karierą, Sir. ... Pan oczywiście nie chodzi po śmietnikach. ... No i nie zlicytowali Pana.
Posterunkowy zdał sobie sprawę, że to, co powiedział mogło nie spodobać się nadinspektorowi.
- Sir, mogę już iść? Chyba telefon w dyżurce dzwoni.
Nadinspektor z trudem zachował powagę.
- Jak tylko skończycie rozmawiać, idźcie poszukać tego Collinsa i przyprowadźcie go na posterunek.
- Tak jest!
Posterunkowy wyszedł z gabinetu Petera, ale po chwili wrócił.
- Sir, melduję, że Collins siedzi w poczekalni.
XXX
- Zapraszam pana. - nadinspektor Wilson przemógł się, żeby podać rękę brudnemu mężczyźnie w brudnych ubraniach. - Posterunkowy powiedział, że pan przyszedł w sprawie śmierci Elizabeth Marsden.
- A jakżeby inaczej. - odpowiedział Collins rozkładając swoje rzeczy na podłodze przy krześle. - Nie dostałbym kawy? Takiej z mlekiem i cukrem?
- Oczywiście.
- A macie może jakieś herbatniczki?
- Zajmijcie się tym White. - wydał polecenie nadinspektor.
Posterunkowy niechętnie wyszedł.
- Proszę mówić.
- A kawa i herbatniczki?
- Posterunkowy zaraz przyniesie.
- Wtedy, co pan szedł i gadał do siebie ... Minęliśmy się na ulicy. Pamięta pan?
- Tak, pamiętam.
- Wtedy, co Lizzy zginęła, to ja przechodziłem tamtędy chwilę wcześniej. Widziałem Lizzy. Rozmawiała z kimś. Wyglądało na kłótnię. Dostanę kawę i ...?
- White! - krzyknął nadinspektor.
- Niosę. - posterunkowy White wszedł do gabinetu z tacą w rękach.
David Collins uśmiechnął się szeroko i zajął się słodzeniem kawy.
- Mogę cztery łyżeczki?
Nadinspektor kiwnął głową.
- Niech trochę wystygnie.
- Widział pan z kim rozmawiała?
- Nie, ten ktoś stał za kontenerem na śmieci.
- Dlaczego pan od razu z tym do nas nie przyszedł?
- Dopiero później dowiedziałem się, że Lizzy została zamordowana. A ja już siedziałem kiedyś w więzieniu, nadinspektorze. Bałem się, że pomyślicie, że to ja zabiłem Lizzy. - David Collins z wyraźną przyjemnością upił łyk kawy. - Kochana dziewczyna. Zawsze ładnie mówiła dzień dobry. Czasem podrzuciła parę funtów. Spłakałem się jak dziecko. Kombinowałem cały czas, aż wczoraj mi się przypomniało. W tym zaułku jest kratka ściekowa. Już tam zajrzałem. Ale sam nie dałbym rady otworzyć. Widać nóż. Brudny jest. Pewnie krew. Zatrzymał się na czymś. Mamy szczęście nadinspektorze kochany! Mamy szczęście! Ale! Nie wsadzi mnie pan do więzienia, prawda?
XXX
- Jedziemy aresztować mordercę. - nadinspektor Wilson zdjął z wieszaka marynarkę.
- Pan do mnie mówi, Sir? - spytał zdziwiony posterunkowy White.
- A do kogo? Blacka przecież tu nie ma.
- Jak tak, to tak. - posterunkowy zatarł ręce. - Wezmę tylko czapkę, Sir.
XXX
- Proszę pani, mamy dowody. Nóż i dokumenty. Wiemy, że to pani zabiła Lizzy Marsden.
Nicole Jackson nie patrzyła nadinspektorowi w oczy.
- Ile za to dostanę? - spytała.
- Sąd rozstrzygnie. Lizzy zrobiła kopie dokumentów księgowych z "The Lichtown Building Company" i trzymała w swojej szafce. Wynika z nich, że od wielu miesięcy okradała pani rachunek firmowy. To o to kłóciłyście się z Lizzy wtedy rano?
- Tak. Chciała powiedzieć szefowi, jak tylko wróci z Chin. A głupia, mogłam nie iść na urlop. Nie dobrałaby się smarkula do tych dokumentów. Pomyślałby pan, że tyle nieszczęścia będzie przez głupie parę dni urlopu. Ile dostałabym za kradzież?
- Na pewno mniej niż za morderstwo.
- Nawet nie wydałam tych pieniędzy. Miały być na emeryturę.
Olga Walter
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz