sobota, 23 sierpnia 2014

8. Wypadek



-Sir, jesteśmy z Whitem przy moście. Dobrze mnie pan słyszy? Halo! Cholera z tym telefonem! - zdenerwował się posterunkowy Black.
- Słyszę was. Mówcie. - powiedział nadinspektor Peter Wilson, zdejmując kurtkę z wieszaka w przedpokoju.
- Świadkowie nas zawiadomili. Wyciągnęli z wody mężczyznę. Samochód spadł do rzeki. Pogotowie już jest, udzielają pomocy temu mężczyźnie. Przepraszam na chwilę, Sir. Nie łazić tam! - krzyknął posterunkowy. - Musiałem ludzi rozgonić. On mówi, że jechał z żoną. Próbował ją ratować. Nie dał rady. Policyjny nurek w drodze.
- Zaraz będę. - nadinspektor rozłączył się i otworzył drzwi. Przed drzwiami stała pani Wilson.
- Dzień dobry, mamo. Niestety muszę jechać służbowo nad rzekę.
- A ja przyszłam zobaczyć jak mieszkasz, synu. Ale w tej sytuacji wpadnę kiedy indziej. Do zobaczenia.

XXX

- Sir, czym tu się zajmować? Przecież to nieszczęśliwy wypadek. Tylko współczuć człowiekowi. Żonę stracił.
- White, proszę sprawdźcie ich sytuację finansową. Mieli dzieci?
- Nie.
- Wykonać.
- Tak jest, Sir.
Wychodząc z gabinetu nadinspektora, posterunkowy White wzruszył ramionami.
- Posterunkowy White. - nadinspektor zwrócił się spokojnie do podwładnego.
- Słucham.
- Właśnie zakwestionowaliście moje polecenie. Jeżeli macie inny pomysł, słucham.
- Ale ... ja przecież nie ...
- Więc wykonać.
Posterunkowy White wyszedł z gabinetu, a nadinspektor usiadł wygodniej w fotelu.
 - Black, dla was mam delikatną sprawę. Trzeba się dowiedzieć czegoś o tym wdowcu, Brennanie ... - nadinspektor rzucił okiem do dokumentów. - Tomie Brennanie. Chodzi o to, czy spotykał się z kimś na boku, może robił coś nielegalnego. Tylko delikatnie. On nie jest o nic podejrzany. Przynajmniej na razie.
Po raz kolejny zadzwoniła komórka nadinspektora.
- Przepraszam na chwilę. To musi być coś ważnego. - powiedział.
Posterunkowy Black kiwnął głową i wyszedł z gabinetu.
- Tak, mamo?
- Cześć Peter. Podwieziesz mnie jutro? - spytała pani Wilson.
- Dokąd? Z ojcem? Pogorszyło się? - spytał zaniepokojony Peter. 
- Nie. Ojciec w nienajgorszej kondycji. Muszę pojechać na pogrzeb do Mallet.
- A kto umarł? Znam? Może też powinienem pójść?
- To Cybill Brennan. Mieszkała w Snorkel. W tej wsi w połowie drogi do Mallet.
- Wiem, gdzie to jest. Mamo, wychowałem się w Lichtown i znam okolicę. Możesz powtórzyć nazwisko.
- Brennan. Młoda kobieta. Pięćdziesiąt trzy lata. Zginęła w wypadku. Mąż bardzo rozpacza.
- Podwiozę cię, mamo i pójdę z tobą na ten pogrzeb.

XXX

Idąc cmentarną alejką, pani Wilson wspierała się na ramieniu syna.
- Jestem zaproszona na stypę. 
- Ja niestety nie. - powiedział Peter.
Matka przyjrzała mu się i spytała:
- Jesteś tu służbowo, prawda?
- Właściwie, to tak.
- Więc wejdziesz ze mną. Jak zjesz jedną kanapkę, nic się nie stanie.
- Mamo, skąd znałaś Cybill Brennan?
- Spotykałyśmy się w sklepie. - pani Wilson westchnęła. - A jeszcze parę dni temu mąż ją podwiózł do sklepu, wysiadł z samochodu i szarmancko otworzył drzwi od jej strony. Anna ...
- Kto?
- Anna Weller, właścicielka sklepu, powiedziała z zazdrością, że każda chciałaby mieć takiego męża.
- Co na to pani Brennan? - spytał zaciekawiony Peter.
- Że od miesiąca nie może doprosić się męża, żeby naprawił zamek w drzwiach i  że pewnie jakieś łobuzy ten zamek zepsuły.

XXX

- Kim jest kobieta, która tak się mizdrzy do wdowca? - spytał Peter, wskazując na trzydziestoletnią kobietę.
- Nie wiem. Ładna. To chyba jej dziecko tam obok. Też ładna dziewczynka. - pani Wilson włożyła do ust ciasteczko. - Skromny poczęstunek. Nie jesz, Peter?
- Nie, dziękuję. Ile lat może mieć ta dziewczynka?
- Bo ja wiem? Pięć, albo sześć.

XXX

- Sir, można? Już coś mam. - posterunkowy Black wszedł do gabinetu nadinspektora Wilsona. - W Pleading mieszka niejaka Victoria Marcel. 
- W Pleading? Weszliście na obcy teren, Black? - zaniepokoił się nadinspektor.
- Bez obaw, Sir. Mam swoich informatorów. Więc ta Victoria Marcel od około dziesięciu lat ma absztyfikanta. Pięć lat temu urodziła córeczkę. Mała nosi jej nazwisko, ojciec NN.
- No, tego to wam żaden informator nie powiedział. Pytaliście w urzędzie w Pleading? - nadinspektor właściwie stwierdził, a nie spytał. - Black, będziemy mieli kłopoty. Richard Idle, wasz ulubiony nadinspektor, będzie miał używanie.
- Nie, Sir. - roześmiał się posterunkowy. - Idle może nam nagwizdać. Moja koleżanka z podstawówki pracuje w urzędzie, przy rejestrze urodzin. Po starej znajomości sprawdziła. Ale! Sir, to jeszcze nie wszystko. Victoria Marcel co miesiąc dostaje 800 funtów od naszego wdowca. - posterunkowy spojrzał na nadinspektora w oczekiwaniu na pochwalę, ale nadinspektor groźnie zmarszczył brwi i spytał podejrzliwie.
- A to, skąd wiecie?
- To przekazy pieniężne, kumpel ma kilkanaście punktów obsługi w okolicy. Ta Marcel co miesiąc realizuje przekaz w innym punkcie, ale mogłaby się nie fatygować. To tylko inna twarz w okienku, a firma ta sama.

XXX

Nadinspektor Wilson usłyszał posterunkowego White'a, głośno rozmawiającego z kimś w dyżurce. Rozmowa stawała się coraz głośniejsza, więc nadinspektor wstał od biurka i poszedł sprawdzić, co się dzieje. W dyżurce zobaczył posterunkowego White'a usiłującego wypchnąć za drzwi jakiegoś pijanego mężczyznę.
- Posterunkowy White? - zwrócił się pytająco do podwładnego.
- Sir! - posterunkowy odwrócił głowę w kierunku przełożonego, nie przestając wypychać intruza za drzwi. - Ten pijaczyna chce z panem rozmawiać, ale sam pan widzi. A może by go zamknąć na noc, Sir? - posterunkowy spojrzał na mężczyznę z dezaprobatą. Ku zdziwieniu posterunkowego, nadinspektor zrobił ręką zapraszający gest i powiedział:
- Proszę, niech pan wejdzie. Porozmawiamy w gabinecie.
Mężczyzna poprawił poły marynarki i spojrzał na posterunkowego z wyższością.
Gdy weszli do gabinetu nadinspektor wskazał mężczyźnie krzesło i spytał:
- Jak się pan nazywa i co pana do mnie sprowadza?
- Jestem Albert Jones. Musi mnie pan zaaresztować. - mężczyzna wyciągnął przed siebie dłonie i z niejakim trudem złączył je w nadgarstkach.
Oddech mężczyzny i bełkotliwy sposób mówienia nie pozostawiały wątpliwości, że jest pijany.
- A to, dlaczego? - spytał nadinspektor.
- Bo to ja, rozumie pan? Bo to ja zabiłem Cybill Brennan.
- A w jaki sposób pan tego dokonał?
Mężczyzna nachylił się w kierunku nadinspektora i konfidencjonalnym tonem powiedział:
- Zepsułem zamek w tym samochodzie.
- W jakim samochodzie?
- No w ich. - mężczyźnie się odbiło. - Państwa Brennan.
- Dlaczego pan to zrobił?
- Poproszono mnie. Za drobną opłatą. - dodał.
- Ile ta drobna opłata?
- Pięć dych.
- Kto pana poprosił?
- Kobieta.
- Jaka kobieta?
- Ładna. Bardzo ładna. - Albert Jones ożywił się.
- Ale jak się nazywa?
- A! Tego nie powiedziała. Ale ładna. Wie pan, mnie teraz to już żadna nie chce. - powiedział ze smutkiem mężczyzna. - A kiedyś to ja byłem panisko! Strzechy kładłem. Pieniędzy miałem, że hej. Ale po wypadku, to utykam a ręka niesprawna. O! - mężczyzna podniósł lewą rękę do góry. Widzi pan! Palcami ledwo ruszam.
- Dlaczego pana o to poprosiła?
- Kto?
- No, ta kobieta.
- Dla żartu. Tak powiedziała. Ale od kiedy usłyszałem, że pani Brennan nie żyje, to sobie miejsca znaleźć nie mogę.
- Posterunkowy White pokaże panu kilka zdjęć. Powie mu pan, czy poznaje tę kobietę.
- A zaaresztuje mnie pan?
- Na razie nie mam powodu.
- Równy z pana gość. A jakby pan nadinspektor miał dla mnie jakieś tajne zlecenie, komuś zamek zepsuć na przykład, to dla pana nadinspektora za darmo.

XXX

Wracając do domu, Peter już z daleka widział matkę przy drzwiach.
- Synu, muszę w końcu zobaczyć jak mieszkasz. - powiedziała pani Wilson tonem nie pozostawiającym wątpliwości, że tym razem wejdzie.
Po obejrzeniu lokum Petera, pani Wilson weszła do kuchni i usiadła ostrożnie na chwiejącym się krześle.
- Peter, nie możesz tak mieszkać. - westchnęła. - Lucy już tu była?
- Tak. - odpowiedział Peter. - Napijesz się herbaty?
- Co mówiła o tym ...? - pani Wilson rozejrzała się po kuchni z niesmakiem.
- Nic.
- No tak. Co miała powiedzieć. Za herbatę, dziękuję. - pani Wilson wstała. - Dziś jest już za późno, ale jutro zadzwonię do pana Kendricka. To on robił ostatnio remont u nas. Chociaż nie. Jego żona mówiła, że jadą do rodziny do Walii i wrócą dopiero we wrześniu.
- I tak nie mam teraz czasu na remonty. Zaczekam.

XXX

- White? Wejdźcie. - nadinspektor Wilson podniósł wzrok znad dokumentów.
- To hazardzista. Puszcza ogromne kwoty na wyścigach i w kasynach. - powiedział posterunkowy, siadając.
- Brennan? 
- Tak.
- Jak jego forsa, to niech puszcza.
- Kiedy nie jego. Żony. Mieli intercyzę. Ona miała spory majątek. On w dniu ślubu miał tyle, co na sobie. W razie zdrady, odchodził z niczym. Zresztą w każdym przypadku odchodził z niczym. Jedynie naturalna śmierć żony dawała mu spadek.
- A co mówią sąsiedzi Victorii Marcel?
- Kilkorgu pokazałem zdjęcia Brennana. Potwierdzili, że to on ją odwiedzał.
- Coś jeszcze?
- Rok temu Brennanowie ubezpieczyli się na bardzo wysokie kwoty.
- Ile?
- Po milionie każde.
- Zatem zaprośmy pana Brennana.

XXX

- Czy miał pan wydatki, o których żona nie wiedziała? - nadinspektor Wilson spytał Toma Brennana.
- Myślałem, że będziemy rozmawiać o wypadku. - odpowiedział mężczyzna wyraźnie zaskoczony.
- I rozmawiamy. Proszę powiedzieć.
- Co pan ma na myśli? Moje przegrane w kasynie?
- Tak, ale również przekazy pieniężne dla Victorii Marcel. 
Tom Brennan zbladł.
- To znajoma. Ma kłopoty finansowe. Pomagam jej przetrwać trudny okres. To przejściowe.
- Według pana dziesięć lat to okres przejściowy. Pan pracuje zawodowo? Zarabia pan?
- Jestem wiceprezesem w firmie teścia.
- Co należy do pana obowiązków?
- Cóż ...
- Rozumiem. A powiedział pan żonie o tej pomocy?
- Oczywiście, że nie. - wybuchnął Brennan. - Martwiłaby się.
- A o wydatkach w kasynach i na wyścigach informował ją pan?
- Też nie. Nie chciałem jej denerwować. 
- Skąd pan miał pieniądze na swoje wydatki?
- Mam przecież pensję.
- Sprawdziliśmy. To co pan miesięcznie wydaje, to dużo więcej niż pan zarabia u teścia.
- Fundusz reprezentacyjny firmy i ... konto żony. - dodał cicho Tom Brennan.
- Proszę? Nie dosłyszałem. - powiedział nadinspektor.
- Fundusz reprezentacyjny firmy i konto żony.
- Czy był pan upoważniony do dysponowania środkami z tego konta?
- Nie.
- Więc proszę mi wyjaśnić, w jaki sposób dysponował pan tym kontem.
- Podrabiałem podpis żony na czekach i dyspozycjach przelewów.
- Żona się nie spostrzegła?
- Dzień przed wypadkiem powiedziała, że przejrzy wszystko z księgowym. - kropelki potu spływały po twarzy Toma Brennana. - Nadinspektorze, ja wiem jak to wszystko razem wygląda, ale ja nie zabiłem mojej żony. Chciałem ją uratować. Sam prawie utonąłem. Te cholerne drzwi nie chciały się otworzyć, a ona była już nieprzytomna. Nie zabiłem jej.
- Pan tak twierdzi? - wyraził powątpiewanie nadinspektor.
Tom Brennan na chwilę ukrył twarz w dłoniach.
- Wtedy ... w samochodzie pokłóciliśmy się o pieniądze. Zaczęła mnie szarpać. Straciłem panowanie nad kierownicą. Przy moście zjechałem w bok ... po skarpie na nabrzeże … i wpadliśmy do wody. Nie zabiłem jej. To był wypadek.

XXX

Po wyjściu Toma Brennana, nadinspektor natychmiast wezwał posterunkowych. 
- Rzucił nam ochłapy. Myśli, że damy się złapać na jego zwierzenia o oszustwach. Chcę wiedzieć o nim wszystko: rozmiar buta, koledzy z przedszkola, stopnie z muzyki, czas na setkę. Rozumiemy się, panowie? Wszystko.
Posterunkowi wyszli z gabinetu.
- Black!
- Tak, Sir?
- Zanim zaczniecie, przywieźcie tę Victorię Marcel na rozmowę. Tylko grzecznie. W razie czego powiedzcie jej, że chodzi o jakiś stary mandat. 
- Tak jest, Sir!

XXX

- Dzień dobry, czy chodzi o ten mandat za przekroczenie szybkości? - Victoria Marcel usiadła naprzeciw nadinspektora Wilsona i założyła nogę na nogę. - Naprawdę nie wiem jak to się stało.
- Poprosiłem, żeby pani przyszła w sprawie Toma Brennana. - powiedział nadinspektor.
- Ale, przecież ten posterunkowy powiedział, że ... - oburzyła się kobieta.
- Widocznie źle mnie zrozumiał. Mamy świadka, który twierdzi, że kazała pani uszkodzić zamek w drzwiach samochodu Brennanów.
- Chyba nie ten pijaczek … ? - zaczęła pewnie mówić Victoria Marcel i zamilkła.
- Tak, właśnie o nim mówię.
Kobieta siedziała przez chwilę w milczeniu.
- Tom Brennan mi kazał. Powiedział, że jeśli go kocham, to mam mu zaufać, bo ma świetny plan. Będziemy razem i będziemy bogaci. On nie miał z żoną dzieci. Powiedział, że kocha Julię, naszą córkę, że wreszcie ją uzna w świetle prawa. - Victoria Marcel wyjęła z torebki chusteczkę i delikatnie otarła łzy. - Moja córka wychowuje się bez ojca. Do Toma mówi: wujku. Wioskowe baby i ich bachory wytykają moją Julię palcami. Nie ma tygodnia, żeby nie wróciła z płaczem do domu. Dla niej to zrobiłam.

XXX

- Sir, Tom Brennan miał na studiach stypendium sportowe. Niech pan zgadnie, jaki sport uprawiał. - posterunkowy White dumnie wkroczył do gabinetu przełożonego.
- Pływanie?
- A myślałem, że pana zaskoczę. - powiedział rozczarowany posterunkowy i dodał. - A w wakacje jeździł na obozy dla nurków. Ale dobrze się spisałem, co nie?

XXX

- Czego tym razem chce pan ode mnie, nadinspektorze? - Tom Brennan spojrzał wyzywająco na nadinspektora Wilsona.
- Panie Brennan, myślę, że było tak. Od dawna planował pan zabić żonę. Wciągnął pan w to swoją kochankę Victorię Marcel i kazał jej pan nająć jakiegoś typka do uszkodzenia zamka. Chciał pan, żeby też tkwiła w tym po uszy. Spowodował pan wypadek. Żona bez pana pomocy nie miała szans wydostać się z samochodu. Pan bez problemu wytrzymał pod wodą wystarczająco długo, żeby dla świadków było oczywiste, że próbował pan ratować żonę. A teraz inkasuje pan spadek, oczywiście ubezpieczenie również, i żyje długo i szczęśliwie z Victorią. 
Tom Brennan spojrzał Peterowi Wilsonowi w oczy i powiedział:
- Udowodnij mi.

XXX

- I co teraz, Sir? - spytali równocześnie obaj posterunkowi, wpatrując się pytająco w nadinspektora.
- Nie wiem, ale zrobię wszystko, żeby poszedł siedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz